Kiedy wybuchł pożar w Krokstadelva, Dorota Banasiak była w pracy. Nie miała pojęcia, że za kilka godzin straci wszystko, na co pracowała przez lata.
– Gdy po pracy pojechałam do domu, nie wpuszczono mnie na moją ulicę. Nie mogłam już niczego zabrać. Niektórzy byli w domach, więc zdążyli chociaż chwycić to, co mieli pod ręką. Ja nie mam nawet paszportu. Na szczęście dowód osobisty i prawo jazdy miałam przy sobie.
W jednej chwili kobieta, podobnie jak wielu mieszkańców osiedla, straciła wszystko. Ubrania, dokumenty, meble, sprzęty oraz rzeczy, których nie da się przeliczyć na pieniądze.
Najbardziej boli ją utrata starych, czarno-białych fotografii przywiezionych z Polski. Były jedyną pamiątką po wielu rodzinnych historiach. Dzisiaj zostały już tylko wspomnienia.
Dorota mieszkała sama.

Jak z katastroficznego filmu
Po ewakuacji trafiła do hotelu, gdzie zakwaterowano osoby poszkodowane w pożarze.
Mały pokój dawał schronienie, ale nie spokój. Niepokojące myśli wypełniały głowę. Na korytarzach z kolei spotykała innych ewakuowanych, w tym rodziny z małymi dziećmi.
– Bardzo mnie to przygnębiało. Jestem sama, jakoś sobie poradzę. Ale te dzieci potrzebują stabilizacji. Trudno mi było na to wszystko patrzeć.
Powiedziała koleżance, że trudno jej tam zostać tam dłużej.
– Zaproponowała, żebym zamieszkała u niej.
Kiedy po raz pierwszy wróciła na pogorzelisko, długo nie mogła oderwać wzroku od ruin.
– To wygląda jak z katastroficznego filmu. Czasem słyszy się, że komuś spłonął dom. Ale dopiero kiedy stoisz w tym miejscu i widzisz całe osiedle spalonych budynków i samochodów, rozumiesz, co to naprawdę znaczy. Z mojego domu został tylko popiół. Leży tam kilka metalowych elementów z bojlera czy zmywarki.
Poza tym nie zostało nic.
Domu nie ma. Kredyt pozostał
Najtrudniejsze jest jednak to, że ogień zabrał dom, ale nie zabrał zobowiązań. Do spłaty pozostał kredyt.
Dom od momentu kupna nie był ubezpieczony.
– Rozmowy z bankiem dotyczące kredytu odbywały się głównie przez internet. Nigdy nie byłam w tym banku. Dokumenty dostałam do podpisania online. Nikt nie mówił o ubezpieczeniu.
Dziś nie potrafi odpowiedzieć, czy powodem mogła być bariera językowa.
– Naprawdę nie wiem, co teraz mam powiedzieć.
W pracy natomiast została objęta grupowym ubezpieczeniem.
– Na zebraniu mówiono, że wszystko w domu jest ubezpieczone. Zrozumiałam to tak, że dotyczy to zarówno domu, jak i tego, co jest w środku. To był mój błąd.
Dorota nie szuka jednak usprawiedliwień.
– Zdaję sobie sprawę, że byłam nieodpowiedzialna, że nie pomyślałam o ubezpieczeniu. Chcę spłacić ten kredyt. Mam pracę, a jeśli będzie trzeba, znajdę drugą.
Już kiedyś przez to przechodziła. Gdy odkładała pieniądze na wkład własny, pracowała na dniówki i na nocne zmiany. Popołudniami sprzątała przedszkola.
– Jeśli będzie trzeba, zrobię to samo.
Ludzie, którzy niosą pomoc
Gmina i NAV zapowiedziały wsparcie. Nie wiadomo jeszcze, w jakiej formie. Najprawdopodobniej będzie dotyczyć kosztów utrzymania.
– Jeśli będę jednocześnie płacić czynsz za wynajem i spłacać kredyt, może mi już nie wystarczyć pieniędzy na jedzenie. Wydaje mi się, że w tym kierunku będzie skierowana ta pomoc.
Ogromnym wsparciem okazała się internetowa zbiórka na Spleis. Udało się już zebrać około jednej czwartej zakładanej kwoty.
– Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ludzie mają tak ogromne serca – komentuje Dorota.
Zbiórkę założyła jej koleżanka z pracy, Izabela Bryda. Spleis zweryfikował akcję.
– Sama nie byłabym w stanie o tym pomyśleć. Iza chodzi ze mną na spotkania, bardzo mi pomaga. Jest osobą o wielkim sercu i jestem jej ogromnie wdzięczna.
Pomoc płynie z wielu stron: od współpracowników, obecnych ale i dawnych znajomych i ludzi, których Dorota nigdy wcześniej nie spotkała.
Są jednak także komentarze w mediach społecznościowych, które ranią.
– Staram się ich już nie czytać. Skupiam się na dobru, którego doświadczam. Ludzie naprawdę chcą pomagać i za to jestem ogromnie wdzięczna. Dziękuję każdemu, jak tylko potrafię. Mam nadzieję, że kiedyś sama będę mogła odwdzięczyć się innym
„Codziennie rano mówię sobie, że dam radę”
Trudna pozostaje świadomość, że tego, co spłonęło, nie da się odzyskać.
– Czasu nie cofnę. Muszę iść do przodu i poukładać sobie to wszystko w głowie.
Dorota nie ucieka od odpowiedzialności.
– Jest mi wstyd przed ludźmi, że nie miałam ubezpieczenia. Wiem, że są osoby, które mnie krytykują. Ale codziennie rano wstaję z łóżka i powtarzam sobie, że muszę dać radę.
Paradoksalnie w tej tragedii Dorota odkryła coś wartościowego.
– Odezwało się mnóstwo ludzi, z którymi od dawna nie miałam kontaktu. Oferują swoją pomoc. To jest fenomenalne.
Po chwili dodaje:
– Przyjaźnie i znajomości są czymś, czego nie zastąpią żadne rzeczy materialne. Straciłam wszystko, co posiadałam, ale widzę ludzi wokół siebie, ich współczucie i wsparcie i to jest niesamowite. Wielu po prostu jest. Nie oceniają. Pomagają.
Dorota na razie nie ma gdzie przechowywać mebli ani sprzętów. Kiedy znajdzie mieszkanie, opublikujemy listę potrzebnych rzeczy.
Teraz, choćby drobnym gestem, możemy sprawić, by jej przyszłość nie oznaczała niekończącej się pracy. Poczucie, że nie jesteśmy sami w naszych trudnościach buduje nie tylko nas samych, ale całą społeczność. Budujmy taki świat. Dobro wraca.
