Nie wszyscy, którzy uczą się norweskiego, trafiają do Norwegii. Nie wszyscy, którzy marzą o Północy, wiążą z nią swoje życie. Cztery lata od ukończenia skandynawistycznej podyplomówki na Uniwersytecie Gdańskim postanowiłam sprawdzić, co stało się z grupą, do której sama należałam. Dokąd zaprowadziła nas fascynacja Norwegią i co z niej przetrwało do dziś?
Było nas jedenaścioro. Aleksandra, A., Anita, Daria, Edyta, K., Maja, Martyna, M., Natalia i P. Uczyliśmy się razem języka, chodziliśmy na wykłady o kulturze, społeczeństwie, mediach czy geografii Norwegii i reszty obszaru nordyckiego. Na grupce na Messengerze nazwaliśmy się „glade lakser”, szczęśliwe łososie. Czy studia dały nam szczęście? Nie wiem. Ale wiele momentów skłaniających do uśmiechu na pewno. Zwłaszcza – dla osób postronnych może brzmieć to nieco dziwnie – na gramatyce… Cóż, gdy ma się jednocześnie arcykompetentną i arcyzabawną prowadzącą, nawet gramatyka nie boli.
Niektórzy z nas przed studiami mieli już jakąś styczność z Norwegią. Ktoś pracował już w Polsce w norweskiej firmie, komuś już proponowano pracę dorywczą w Norwegii, jedna z naszych koleżanek miała doświadczenie z pracy w Norwegii jako pielęgniarka, jeszcze ktoś inny miał tam rodzinę, jeszcze inni przyszli na te studia z czystej pasji, bez konkretnego powodu czy planu. Co się z nimi – a właściwie z nami – stało przez ostatnie lata, jak wygląda teraz nasz kontakt z Norwegią?
Gratulerer med dagen!
Za sprawdzanie stanu rzeczy biorę się 17 maja. Norweski Dzień Konstytucji, nie mogłam wybrać lepszej daty. Daria wita mnie informacjami, że właśnie ogląda przebieg uroczystości w NRK. Po podyplomówce nie kontynuowała systematycznej nauki języka, z Norwegią nie łączą jej też więzi towarzyskie, rodzinne ani zawodowe. A jednak kraj ten do dziś zajmuje sporo miejsca w jej sercu – Daria bywa w Norwegii jako turystka przynajmniej dwa razy w roku. Dzięki temu w jej lodówce stale gości brunost. Jak zadeklarowała, planów na podróże po samej Norwegii ma do końca życia.
17 maja piszę też z Mają. Tu na przywitanie dostaję zdjęcie kota. Nie byle jakiego, bo norweskiego. Norweskiego kota leśnego. Towarzyszył jej już, gdy razem studiowałyśmy. I w jej przypadku kontakt z Norwegią jest miękki i delikatny jak kocie futerko. To czyste zainteresowania, żadnych interesów. Maja wiele lat temu chciała iść na skandynawistykę lub na studia bałkańskie. Wtedy dostała się tylko na te drugie, ale Północ gdzieś z tyłu głowy wciąż jej tkwiła. Aż objawiła się w jej życiu w postaci naszej podyplomówki. Maja bywała w Skandynawii, ale na okazję do podróży do Norwegii wciąż czeka, najchętniej gdzieś w dziką przyrodę, na Północ.
Myśląc o Północy…
Marzenie o odwiedzeniu północnej Norwegii, zaznania tamtejszej natury i ciszy, przewinęło się w kilku wywiadach, podobnie jak świadectwa o trwających zainteresowaniach kulturalnych. Miałam okazję porozmawiać z dziewczynami o ich związanych z Norwegią lub Skandynawią lekturach, upodobaniach muzycznych czy oglądanych przez nie filmach. Padały takie hasła, jak „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”, „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” (to Aleksandra – która po naszej podyplomówce poszła na etnolingwistykę z angielskim i szwedzkim; „Norweski mi raczej przeszkadzał” – mówiła – „Wykładowczyni mi nie mogła wybaczyć mojego jeg”), zespół Wardruna, kryminały i seriale komediowe „Lilyhammer” oraz „Hjem til jul” (Daria), serial „Harry Hole” (Edyta, Natalia), powieści Fredrika Backmana (Natalia; jak zażartowała o początkach swoich kontaktów z Północą: „No chociażby te Muminki. No kurczę, byłam indoktrynowana od dzieciaka!”).
Praca, praca, praca
Część z nas obcowała też jednak z norweskim, Norwegią bądź Norwegami w swojej pracy.

Gdy studiowałyśmy, Anita, zatrudniona w branży celnej, pracowała dla norweskiego zespołu pewnej duńskiej firmy. Rok po skończeniu podyplomówki zmieniła stanowisko (poprzednia firma zawiesiła wówczas współpracę z Polską). Dziś pracuje w jeszcze innym miejscu, dla firmy z Niemiec. Jeśli jednak pojawi się tam szansa zatrudnienia w norweskojęzycznym dziale, spróbuje swoich sił. Kontaktu z Norwegią ani norweskim nie odpuściła – uczy się na kursie konwersacyjnym, a do Norwegii, hobbystycznie, jeździ przynajmniej dwa razy do roku. Nasza podyplomówka to nie był zresztą jej pierwszy krok na drodze na Północ. Ten kurs miał służyć jako przypomnienie. Wcześniej Anita zrobiła z filologii norweskiej licencjat w Szczecinie.
Podczas naszych studiów i niedługo przed nimi krótką przygodę z pracą w Norwegii przeżyła Natalia. Trzykrotnie – dzięki poczcie pantoflowej, propozycji koleżanki organizującej takie wyjazdy wielu Polakom – pojechała na maliny. Za pierwszym razem z ojcem i siostrą, potem sama. Wspomina to dobrze. „Praca mi się bardzo podobała, chociaż była ciężka, wymagająca fizycznie, bo to wiele godzin dźwigania, sięgania, noszenia, i to wszystko dało się odczuć”, oceniła. Pogoda była inna za każdym razem, warunki finansowe też. Ale na korzyść pracowników. „Z roku na rok były podwyżki, takie zauważalne, a nie jakieś tam groszowe sprawy, ja się nie czułam w żadnym razie jak jakaś wykorzystywana tania siła robocza”. Mówiła, że miała szczęście do pracodawcy, zaoferował dobre warunki lokalowe, częstował jedzeniem, raz na sezon zabierał na interesujące wycieczki po okolicy. Kolegów z pracy również Natalia wspomina dobrze, choć nie wszędzie tak było. „Jeżeli chodzi o innych Polaków, to już bywało różnie, bo niestety słyszałam o różnych sytuacjach na innych plantacjach. Pędzili swój alkohol, praktycznie jeden wielki maraton picia. W jednym roku był nawet zgon”. Mimo tego typu epizodów, gdyby miała okazję, powtórzyłaby taki wyjazd. Nie tylko dla pieniędzy. Również dla przyjemności.
U Natalii na początku były maliny. To stąd Norwegia w jej życiu, z przypadku. A koleżanka, która ją ściągnęła do tamtej pracy – i tu już zapewne nie przypadkiem – robiła też tę samą podyplomówkę, co my, tylko wcześniej. Natalia miała więc informacje z pierwszej ręki. Była też w Norwegii jako turystka. Choć nie kontynuuje na razie nauki języka, gdzieś tli się w niej nadzieja, że może kiedyś będzie jej dane przetłumaczyć z norweskiego jakąś książkę. Z wykształcenia jest anglistką, na razie tłumaczy z angielskiego.
Styczność zawodową z Norwegią miała pięć lat temu i ma do dzisiaj Edyta, zatrudniona w księgowości jednego z norweskich wydawnictw dysponujących siedzibą w Sopocie. Codziennie ma kontakt z językiem, głównie pisanym. W jej życiu przed kilkoma laty, podczas podróży po Lofotach, pojawiła się myśl o emigracji. Dzięki temu, że znała angielski i miała już jakąś podstawową znajomość norweskiego, zaproponowano jej pracę w prowadzonej przez Polaków firmie w sektorze turystycznym. Z powodów rodzinnych nie mogła się na to zdecydować. Myśl o wyjeździe z Polski nie opuściła jej do końca. Na razie jednak w Norwegii bywa głównie po to, by zwiedzać i odwiedzać tam przyjaciółkę, Polkę, która jest w związku z Norwegiem i urodziła tam dzieci. Edyta ceni życie w Trójmieście przez wzgląd na relatywnie dużą szansę znalezienia pracy z norweskim, co jej zdaniem faktycznie wiąże się też ze spokojniejszą, mniej „nadambitną” kulturą pracy. Możliwości w tym zakresie się jednak jej zdaniem w Polsce kurczą. Wśród znajomych, którzy wyjechali do Norwegii do pracy, zaobserwowała trend powrotów. O kurczeniu się rynku pracy z norweskim (i innymi niszowymi językami, nie tylko skandynawskimi) wspominała też mieszkająca w Poznaniu Anita. Mimo to i w jej głowie tli się myśl o emigracji. Jeśli miałaby okazję, zdecydowałaby się na taki krok.
Tak daleko do Norwegii i tak blisko
Norwegia więc gdzieś u znajomych z naszej dawnej grupy uniwersyteckiej jest, przewija się, nie znika. Ale u większości z nich znajduje się gdzieś w tle, rzadko funkcjonuje jako ważny element codzienności.
Nie tak łatwo, okazuje się, trafić na Północ. Ale jeszcze trudniej całkiem ją z siebie wyrzucić.
Końce i trwanie
No, a ja? Co w moim przypadku? Moje związki z Norwegią nie ustaną z powodów rodzinnych. Zawsze będę pół-Norweżką. Mieszkają tam moi norwescy krewni – tata, przyrodnie siostry, siostrzeńcy i siostrzenice (jedna z nich związała się nawet z mieszkającym w Norwegii Polakiem i nieźle mówi po polsku), bywam tam siłą rzeczy.
Jeszcze w czasie trwania gdańskiej podyplomówki rzuciłam etat urzędniczki i poszłam na kolejne studia dzienne, na filologię norweską. Kilka lat temu zaczęłam więc głębiej wsiąkać w norweską kulturę, choć głównie za pośrednictwem mediów, o których zawartości pisałam między innymi tu, dla Was, na łamach Razem Norge. W ostatnich miesiącach moim stałym punktem tygodnia jest też nauczanie języka norweskiego seniorów w jednym z warszawskich Centrów Aktywności Międzypokoleniowej.
Tym tekstem – podróżą sentymentalną do początków mojego zinstytucjonalizowanego poznawania Północy – żegnam się z czytelnikami Razem Norge. Mam nadzieję, że nie na zawsze.
Dziękuję Wam, czytelnikom, oraz Redakcji za wspólny czas.
Takie same podziękowania należą się także bohaterom tego artykułu.
Tusen takk! Ha det!
