Tropikalny Norweg

„GRANICE? NIGDY ICH NIE WIDZIAŁEM. ALE SŁYSZAŁEM, ŻE ISTNIEJĄ W UMYSŁACH NIEKTÓRYCH LUDZI”

– THOR HEYERDAHL

Pamiętam, że jako dziecko „zaczytywałem” się w przeróżnych książkach podróżniczych podsuwanych mi przez ojca. Marzyłem, aby odwiedzić te wszystkie kraje w nich opisywane, poznać historię odkrywców lub chociażby zobaczyć eksponaty w muzeach zgromadzone dzięki ich wyprawom. Jedną z książek, która zafascynowała mnie szczególnie, była „Wyprawa Kon-Tiki” autorstwa norweskiego podróżnika i etnografa Thora Heyerdahla. Po jej przeczytaniu bawiliśmy się z chłopakami  budując tratwy z gałęzi i przemierzając na nich ocean niespokojny w naszej wyobraźni. 

Postać tego śmiałka chciałbym Wam teraz przybliżyć.

Thor Heyerdahl (1914-2002)

Urodził się w Larvik w 1914 roku. Jego dzieciństwo było raczej beztroskie, gdyż jego rodzice byli właścicielami lokalnego browaru, a że popyt na złoty trunek nigdy nie maleje, więc biedy nie zaznał. Jego mama Alison była zafascynowana teoriami ewolucji Darwina i zaraziła młodego Thora żądzą wiedzy. Antropologia,  zoologia,  geografia to jest to! – pomyślał zapewne i po ukończeniu szkoły w swoim rodzinnym mieście udał się do Oslo, aby na tamtejszym uniwersytecie rozwijać swoje zainteresowania. Po trzech latach nauki znalazł kolejną obsesję, której poświęcił się bez reszty. Ta nowa pasja była zgrabną brunetką z pięknym uśmiechem i błyszczącymi oczami. Nazywała się Liv Coucheron Torp. Wzięli ślub i przerwali studia, aby udać się na drugi koniec świata. Jeszcze na uniwersytecie młoda para korzystała z księgozbioru poświęconemu Polinezji, a ofiarowanemu temuż uniwersytetowi przez Bjarne’a Kroepeliena, który handlował winem i często podróżował po świecie. A że miał on  szerokie kontakty,  pomógł Heyerdahlowi zainstalować się na wyspach Polinezji, wysyłając list intencyjny.

Thor wraz uroczą Liv badali faunę tych wysp, spędzając wiele czasu tylko we dwoje i starając się dowiedzieć, skąd wzięły się tam zwierzęta. Zwierzęta zwierzętami, a co z ludźmi? Jak się tu dostali? Coś im nie pasowało w ogólnie przyjętej przez naukowców teorii, jakoby ludzie przybyli tu z południowo-wschodniej Azji. Brak powiązań kulturowych, religijnych,  a do tego wiatry i prądy morskie wyjątkowo niesprzyjające żegludze na tych akwenach… Musi być inne wyjaśnienie, pomyślał Thor. Niestety wybuchła II wojna światowa. Thor zgłosił się do norweskiej armii w Londynie i po przeszkoleniu został wysłany do kraju, aby wyzwalać go od niemieckiego okupanta. Wojna się kończyła i sprawa zaludnienia Polinezji powracała jak bumerang. Jeżeli ludzie nie dotarli tam z Azji to pozostaje tylko… Ameryka! Przebywając na wyspie Fatu Hiva, Heyerdahl usłyszał legendę o pochodzeniu ludu ją zamieszkującego. Podobno przybyli zza wielkiej wody na drewnianych łodziach, pod przywództwem niejakiego Kon-Tiki,  który popadł w konflikt z innym władcą i musiał uciekać wraz ze swoim ludem. Zbudowali tedy tratwy z drewna balsa (wyjątkowo lekkie drewno charakteryzujące się dużą wypornością) i pożeglowali w nieznane. Heyerdahl połączył kropki. Zauważył podobieństwo w monumentach, a także rysunkach inkaskich i polinezyjskich, oraz dialektach wyjątkowo do siebie zbliżonych. Spisał swoje spostrzeżenia i przedstawił naukowemu światu.

Załoga tratwy Kon-Tiki. Trzeci od lewej Thor Heyerdahl

To strasznie daleko, sprzeciwiali się jego teorii starsi koledzy po fachu. Nie było takich możliwości, aby przepłynąć Pacyfik w tamtych czasach. Padło wreszcie znamienne zdanie, wypowiedziane przez jednego z antropologów: „Doskonale, proszę spróbować odbyć kiedyś podróż z Peru na wyspy Oceanu Spokojnego na tratwie z balsy!

Źródła milczą na ten temat, ale wygląda na to, że Thor musiał mieć jakieś polskie korzenie, bo pewnie w duchu sobie powiedział: Co, ja nie przepłynę Pacyfiku na tratwie z balsy? Poczymaj mnie pywo! i zaczął kompletować załogę na wyprawę oraz organizować niezbędne środki. Uzyskał poparcie Klubu Odkrywców i pomoc sprzętową Ministerstwa Wojny USA. Drzewa ścięte w Ekwadorze wylądowały wreszcie w stoczni Callao w Peru i prace ruszyły z kopyta. No prawie… Jak to zwykle bywa w takich przypadkach pojawili się „eksperci” wiedzący lepiej. 

– Drewno nasiąknie woda jak gąbka! – marudził jeden.

– Liny plecione z konopii to nadają się do wiązania lam, a nie pni balsy i zrobienia takielunku, muszą być stalowe! – pouczał drugi.

– Jeżeli przepłyniecie, to będę wam kupował whisky do końca życia – drwił kolejny. 

Tymczasem Thor z ekipą, ufni informacjom zdobytym z wielkim trudem, odnośnie budowania tratw w zamierzchłej przeszłości, powiązali dziewięć pni balsy razem, zbudowali bambusowy pokład, szałas kryty liśćmi bananowca i maszty z drewna mangrowego. Zaprowiantowano ich dziwny statek i wreszcie 28 kwietnia 1947 Thor Heyerdahl, Erik Hasselberg, Bengt Danielsson, Knut Haugland, Torstein Rabby i Herman Ratzinger wyruszyli w wielką podróż na zachód – na tratwie Kon-Tiki.

Już po krótkim czasie okazało się, że Tiki jest doskonałą konstrukcją. Balsa nasiąkła tylko powierzchniowo, a wyśmiewane konopne liny były elastyczne i nie przecierały drewna jak zapewne uczyniłyby to stalowe. Podróżnicy odkryli także, że odpowiednie ustawienie tak zwanych mieczy, czyli pionowo ustawionych pod wodą desek zapobiegających dryfowaniu, pozwala na sterowanie tratwą w obranym kierunku.

Już po krótkim czasie okazało się, że Tiki jest doskonałą konstrukcją

Co robić aby sześciu facetów nie oszalało z nudów na kilkunastu metrach kwadratowych pośrodku oceanu? Wydaje się to niemożliwe patrząc z naszej perspektywy, nie mieli przecie telewizji ani Facebooka! Nie mieli czasu na nudę. Każdy miał swoje obowiązki. Na przykład kucharz, a zmieniali się na tym stanowisku codziennie, zaczynał dzień od pozbierania z pokładu ryb latających, które źle wymierzyły swój skok i na nim wylądowały, kończąc żywot na patelni. Musieli także ciągle obliczać swoją pozycję i prędkość, badać florę i faunę oceanu, nawiązywać łączność korzystając z jednej z trzech radiostacji, co wcale nie było takie proste. Codzienne obowiązki zajmowały większość czasu śmiałkom przemierzającym ocean, ale każdy potrzebuje czasem jakiejś rozrywki. Tę zapewniały papuga Lolita, którą Thor dostał w prezencie oraz krab Johannes, przybłęda zamieszkały pomiędzy pniami tratwy. Czas mijał i odległość do wysp Polinezji zmniejszała się z każdym dniem. Nie zawsze była to sielską podróż, tratwa Kon-Tiki przetrwała kilka sztormów. Jeden z nich był wyjątkowo silny i załoga przeżyła wiele dramatycznych i groźnych momentów. Podczas tego sztormu, wiatr porwał Lolitę, traktowaną jak członek załogi. 

Pierwszy ląd zobaczyli po 97 dniach, dokładnie tak jak przewidywał Heyerdahl. Była to wyspa Puka Puka. Próbowali „zapukać” do jej brzegów, ale okazało się, że Kon-Tiki nie jest wodną baleriną i jej zwrotność, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Nie udało im się przybić do brzegu. Płynęli więc dalej, pchani wiatrem i prądem morskim, nie mając wielkiego wpływu na własny kurs, co było bardzo niebezpieczne przez wzgląd na korale. I nie chodziło o te czerwone niczym wino, jak głosi znana piosenka, a o wielką rafę koralową Raroia. Przebicie się przez nią można porównać do próby joggingu wewnątrz  krzewu agrestu. Thor z ekipą nie mieli jednak innego wyjścia i przygotowali się na ten niebezpieczny desant. Zabezpieczyli, co się dało z ekwipunku, nawiązali łączność radiową informując o swojej pozycji i prosząc o pomoc, gdyby nie odezwali się ponownie w ciągu 36 godzin. Wreszcie się zaczęło. Tratwa dzielnie pokonywała ostre jak brzytwa zapory rafy, unosząc się jeszcze jakiś czas nad nimi, aż wreszcie po chwilach grozy osiadła na środku Raroia. Wyczerpana załoga Kon-Tiki zabrała, ile mogła  z wraku tratwy i 7 sierpnia postawiła swe stopy na suchym lądzie maleńkiej wyspy otoczonej laguną, nazwanej później  na cześć tego wydarzenia, a jakżeby inaczej, Wyspą Kon-Tiki. Była to wyspa bezludna, jednak z sąsiedniej przypłynęli na swoich pirogach zaciekawieni tubylcy i zaprosili ich do siebie. Udało się!!! W świat, poprzez fale eteru, poszła wiadomość o sukcesie wyprawy Thora Heyerdahla i jego załogi. Udowodnili wszystkim, że ludy Polinezji przybyły na swoje ziemie z Ameryki Południowej, a to wszystko dzięki legendzie, wiedzy, zapałowi, odwadze i  małej drewnianej tratwie z balsy. W Oslo można ją teraz zobaczyć w muzeum. Thor napisał książkę, która zainspirowała mnie do napisania tej krótkiej opowieści, a leniwcom polecam film fabularnym o tej wyprawie. Aby znaleźć którąkolwiek z tych rzeczy, wystarczy w wyszukiwarce wpisać Kon-Tiki.

Mapa wyprawy Kon-Tiki

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w artykule są własnością Muzeum Kon-Tiki w Oslo i zostały udostępnione za jego zgodą.

Muzeum Kon- Tiki w Oslo jest czynne codziennie od 11-17, a od marca do maja otwiera swe podwoje o 10.00.


Podoba Ci się artykuł? Doceniasz naszą pracę? Wesprzyj nas wpłacając dowolną kwotę na SPLEIS


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *