Norwegia od lat buduje swój model społeczny na zaufaniu. Zaufaniu do instytucji, urzędów, pracodawców i lekarzy. To właśnie dlatego system zwolnień lekarskich funkcjonował dotychczas stosunkowo sprawnie – społeczeństwo wierzyło, że lekarz podejmuje decyzję wyłącznie w oparciu o stan zdrowia pacjenta.
Dziś ten fundament staje przed nowym wyzwaniem.
Rząd chce ograniczyć rekordowo wysoką absencję chorobową, której koszt dla państwa ma w tym roku wynieść około 67 miliardów koron. Trudno się dziwić, że politycy szukają rozwiązań. Wysokie wydatki na świadczenia chorobowe stają się coraz większym obciążeniem dla finansów publicznych, a Norwegia – podobnie jak wiele innych państw europejskich – zmaga się z niedoborem pracowników i starzeniem się społeczeństwa.
Problem jest realny.
Pytanie brzmi jednak, czy sposób jego rozwiązania nie stworzy nowych problemów.
Nowe porozumienie między rządem a Norweskim Stowarzyszeniem Lekarzy zakłada między innymi większe promowanie częściowych zwolnień lekarskich, dodatkowe wynagrodzenie za działania mające utrzymać pacjenta w aktywności zawodowej oraz konieczność uzasadniania pełnych zwolnień. Pisało tak o tym między innymi NRK.
Formalnie lekarze nie otrzymują premii za „odmawianie zwolnień”. Takie stwierdzenie byłoby uproszczeniem. Faktem jest jednak, że państwo zaczyna tworzyć system finansowych zachęt, które mają skłaniać do szukania alternatyw dla pełnej nieobecności w pracy.
I właśnie tutaj zaczyna się debata.
Bo niezależnie od intencji rządu wielu pacjentów może zadać sobie pytanie: czy lekarz, który otrzymuje dodatkowe wynagrodzenie za działania prowadzące do ograniczenia pełnych zwolnień, pozostaje całkowicie neutralny w swojej ocenie?
Zaufanie jest niezwykle delikatną wartością. Buduje się je latami, a traci znacznie szybciej.
Zwłaszcza wśród pracowników wykonujących ciężkie prace fizyczne. W budownictwie, przemyśle, logistyce czy sektorze produkcyjnym granica między zdolnością do pracy a koniecznością pełnej rekonwalescencji bywa bardzo cienka. Dla osoby z uszkodzonym kręgosłupem, problemami stawów czy przewlekłym przeciążeniem organizmu „częściowa zdolność do pracy” może wyglądać zupełnie inaczej niż w przypadku pracownika biurowego.
To właśnie dlatego temat szczególnie powinien interesować polskich pracowników w Norwegii.
Nie można jednak ignorować argumentów drugiej strony. Wieloletnie badania pokazują, że w wielu przypadkach całkowite wyłączenie z życia zawodowego nie sprzyja powrotowi do zdrowia. Przeciwnie – stopniowe zwiększanie aktywności zawodowej często pomaga wrócić do pełnej sprawności szybciej i skuteczniej. W tym sensie rząd ma rację, twierdząc, że praca może być częścią procesu leczenia.
Problem polega na tym, że rozwiązania medyczne nie mogą być postrzegane jako narzędzia oszczędnościowe.
Jeżeli pacjenci zaczną mieć poczucie, że za decyzjami lekarzy stoją względy budżetowe, ucierpi nie tylko system zwolnień lekarskich. Ucierpi zaufanie do całego systemu ochrony zdrowia.
A tego kosztu nie da się łatwo przeliczyć na miliardy koron.
Być może więc prawdziwe pytanie nie brzmi, czy należy ograniczać absencję chorobową. Większość społeczeństwa zgadza się, że należy szukać sposobów na utrzymanie ludzi w aktywności zawodowej tak długo, jak pozwala na to ich zdrowie.
Pytanie brzmi raczej: gdzie przebiega granica między zachęcaniem do pracy a niedostrzeganiem potrzeb pacjenta?
Norwegia właśnie rozpoczyna ważny eksperyment społeczny. Jego powodzenie będzie zależało nie tylko od zapisów porozumień i nowych stawek wynagrodzeń dla lekarzy, ale przede wszystkim od tego, czy pacjenci nadal będą mieli pewność, że w gabinecie lekarskim najważniejsze pozostaje jedno – ich zdrowie.
Bo państwo może oszczędzić miliardy. Ale jeśli straci zaufanie obywateli, rachunek okaże się znacznie wyższy.
