Historia ORP „Orzeł”, polskiego „orła”, który dostrzegł nadciągającą katastrofę
Lillesand, 8 kwietnia 1940 roku
Morze u wybrzeży południowej Norwegii jest spokojne. Norwescy rybacy i marynarze wykonują swoje codzienne obowiązki. W Europie od dawna trwa już wojna, ale Norwegia pozostaje neutralna. Za niespełna dobę wszystko ma się zmienić.
Na otwartym morzu, w ukryciu, znajduje się okręt podwodny. Nosi polską nazwę ORP „Orzeł”. Załoga jeszcze o tym nie wie, ale właśnie zapisuje się w historii wojny – zarówno Norwegii, jak i Polski.
To, co marynarze odkryją tego dnia, może ujawnić jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic nadchodzącej wojny. Ostrzeżenie nadejdzie jednak zbyt późno.
Ucieczka, która uczyniła „Orła” legendą
Historia „Orła” nie zaczyna się u wybrzeży Norwegii. Jej początek sięga katastrofy, która jesienią 1939 roku dotknęła Polskę.
Gdy 1 września Niemcy zaatakowały Polskę, „Orzeł” był jednym z najnowocześniejszych okrętów polskiej Marynarki Wojennej. Walczył z przeważającymi siłami wroga, ale zdołał uniknąć niemieckich jednostek. Po kilku dramatycznych dniach załoga skierowała okręt do portu w Tallinie w Estonii.
Tam wydarzyło się coś, co niemal zakończyło historię „Orła”.
Neutralna Estonia zdecydowała o internowaniu okrętu. Miał zostać rozbrojony, zabrano mapy morskie, a załoga w praktyce straciła wolność. Polacy mieli jednak inne plany.
W nocy z 17 na 18 września marynarze obezwładnili strażników, zerwali cumy i wyszli w morze, mimo ostrzału ze strony estońskich sił. Co gorsza, pozbawiono ich map. Przed nimi znajdował się cały Bałtyk. Za nimi – Niemcy, Estończycy i siły sowieckie.
Nawigowali z pamięci, korzystając z książki opisującej latarnie morskie i własnego doświadczenia marynarskiego. Po kilku tygodniach dotarli do Wielkiej Brytanii.
W Polsce ucieczkę „Orła” uznano za cud. Okręt stał się symbolem kraju, który nie zamierzał się poddać.
Tajemniczy statek u wybrzeży Lillesand
Wiosną 1940 roku polski okręt podwodny działał na Morzu Północnym pod brytyjskim dowództwem.
Rankiem 8 kwietnia załoga dostrzegła duży statek w pobliżu Lillesand. Jednostka nie miała wywieszonej bandery. Dowódca „Orła”, kapitan marynarki Jan Grudziński, nakazał statkowi zatrzymanie się.
W odpowiedzi statek zwiększył prędkość.
To wystarczyło. „Orzeł” oddał strzały ostrzegawcze. Załoga statku mogła już odczytać nazwę na jego burcie: „Rio de Janeiro”.
Dlaczego jednak statek próbował uciec? I dlaczego nadał sygnał alarmowy, gdy polski okręt zażądał jego zatrzymania i kontroli?
Odpowiedzi miały wkrótce wypłynąć na powierzchnię.
Szok, który czekał na norweskich ratowników
Po kolejnych ostrzeżeniach ‘Orzeł’ wystrzelił torpedy. Dwie pierwsze nie trafiły, ale trzecia uderzyła w ‘Rio de Janeiro’ i doprowadziła do zatonięcia statku.
Z lądu ruszyły lokalne łodzie rybackie i jednostki ratunkowe, aby pomóc ocalałym. To, co zobaczyli ratownicy, było szokujące.
Mężczyźni znajdujący się w wodzie nie byli cywilnymi pasażerami. Byli niemieckimi żołnierzami.
Wokół nich unosiły się hełmy, broń, amunicja i wojskowe wyposażenie. Wśród ocalałych szybko zaczęły krążyć informacje:
Płynęli do Norwegii dokonać inwazji.
Nie był to już zwykły wypadek morski. Był to bezpośredni sygnał, że wojna zbliża się do Norwegii.
Ostrzeżenie, którego nikt nie potraktował poważnie
Po wojnie wielokrotnie zadawano to samo pytanie: jak Norwegia mogła otrzymać tak wyraźne ostrzeżenie, a mimo to nie zrozumieć, co właśnie się wydarzyło?
Niemieccy ocaleni powiedzieli, dokąd zmierzali. Norweskie władze otrzymały informacje o żołnierzach i sprzęcie wojskowym. Mimo to nie zarządzono pełnej mobilizacji.
Zaledwie kilka godzin później, nad ranem 9 kwietnia 1940 roku, Niemcy rozpoczęli operację Weserübung.
Norwegia została zaatakowana.
Zatopienie „Rio de Janeiro” pozostało więc jednym z najbardziej dramatycznych sygnałów ostrzegawczych w historii Norwegii. Polski okręt podwodny faktycznie ujawnił niemieckie przygotowania do inwazji, zanim się ona rozpoczęła.
Polska walka i norweska tragedia
Dla Polski wydarzenie to oznaczało znacznie więcej niż tylko udaną operację wojskową.
Kraj był już okupowany. Miliony ludzi żyły pod niemieckim terrorem. Mimo to polskie siły zbrojne nadal walczyły – w portach, na lotniskach i w bazach rozsianych po Europie.
Gdy „Orzeł” zatopił „Rio de Janeiro”, pokazał, że Polska nadal prowadzi walkę.
Dla Norwegów wydarzenie stało się symbolem czegoś zupełnie innego: straconej możliwości zrozumienia, co właśnie nadchodziło.
Historia „Orła” w wyjątkowy sposób łączy więc oba kraje. Polscy marynarze próbowali powstrzymać operację, która miała na zawsze zmienić historię Norwegii.
Tajemnica, która wciąż pozostaje nierozwiązana
Najbardziej zagadkowa część historii miała jednak dopiero nadejść.
Zaledwie kilka tygodni później, 23 maja 1940 roku, „Orzeł” wypłynął z brytyjskiej bazy na kolejną misję. Okręt zaginął 8 czerwca i nigdy nie powrócił.
Nigdy nie wrócił.
Nie odebrano żadnego sygnału alarmowego. Nie odnaleziono żadnego ocalałego. Cała załoga zaginęła.
Ponad 80 lat później nadal nie wiadomo dokładnie, co się wydarzyło.
Być może okręt wpłynął na minę. Być może został omyłkowo zaatakowany przez siły alianckie. Możliwe też, że doszło do awarii technicznej.
ORP ‘Orzeł’ do dziś nie został odnaleziony.
Historia, która wciąż żyje
W parku przed ratuszem w Lillesand stoi dziś pomnik upamiętniający polski okręt podwodny. Co roku odwiedzają go ludzie, którzy chcą oddać hołd jego załodze.
Dla Polaków „Orzeł” jest narodową legendą. Dla Norwegów – przypomnieniem dramatycznych godzin poprzedzających 9 kwietnia 1940 roku.
Ta historia ma wszystko: odwagę, brawurową ucieczkę, tajne operacje, zapowiedzianą inwazję i nierozwiązaną do dziś zagadkę.
Być może właśnie dlatego ORP „Orzeł” wciąż fascynuje.
W dramatycznych godzinach poprzedzających wciągnięcie Norwegii w wojnę to polski okręt podwodny jako pierwszy dostrzegł nadciągające zagrożenie.
Wysłał ostrzeżenie.
Historia okazała się jednak szybsza niż ludzie, którzy mieli ją usłyszeć.
