Ewelina Baj dostaje tygodniowo od kilku do kilkudziesięciu wiadomości z różnych zakątków Norwegii – o nadużyciach i łamaniu prawa pracy. Osobom, które się do niej zgłaszają, pomaga nieodpłatnie.
Skala niezaopiekowania państwa nad migrantami, szczególnie pod kątem zdrowotnym, jest porażająca.
Ewelina Baj
Razem Norge: W jaki sposób po raz pierwszy dowiedziałaś się o narażaniu pracowników na substancje chemiczne?
Ewelina Baj: Jestem lokalną radną w Ås, ale to nie są sprawy z mojego podwórka, tylko z całej Norwegii. Gdzieś w momencie, kiedy zaczęłam być rozpoznawalna, coraz więcej ludzi zaczęło się kontaktować, potem informacja o tym, że mogę pomóc, doradzić w tych sprawach, rozniosła się tzw. „pocztą pantoflową” poprzez media społecznościowe. Piszą głównie pracownicy rotacyjni: z sektora ropy i gazu, budowlani, produkcyjni.
O Melkøyi informacje dochodziły stopniowo. Ówcześni pracownicy wyczerpali wszystkie możliwe ścieżki pomocy: zwracali się o pomoc do norweskiej Inspekcji Pracy, do Havtil, do różnych ministerstw, próbowali w swoim związku zawodowym. Bezskutecznie odbijali się od drzwi i okien. No i w końcu, siłą rozpędu, dotarli też do mnie.
Tę sprawę wyróżniało to, że pracownicy bardzo dobrze się między sobą zorganizowali, mieli swoich przedstawicieli i mężów zaufania, i były tam osoby zdeterminowane, żeby rozmawiać z każdym, z kim tylko się da. Zwykle jest inaczej: zapala się garstka, zgłasza, a potem zjeżdża z rotacji zdemotywowana albo już nie wraca do pracy przy projektcie. Ludzie nie chcą być sygnalistami, bo bardzo dużo w tę pracę zainwestowali i nie chcą ryzykować.
Takie sprawy wymagają dużego zaangażowania.
Tak, sprawą Melkøyi zajęłam się w grudniu 2024. W październiku sto szesnaście osób złożyło siedemdziesiąt zgłoszeń dotyczących różnych zaniedbań na projekcie.
Kiedy zostali zdemobilizowani, wykorzystali ostatnią szansę i zwrócili się do mnie.
W styczniu, kiedy zebraliśmy już wystarczający materiał i dokumentację, wysłałam pierwsze opisy sytuacji do mediów — do VG, Aftenposten, do lokalnych gazet, do NRK. To doprowadziło do dalszych represji: po tym, jak dziennikarz poinformował Equinor, że takie informacje wpłynęły, pracownicy nie mogli wnosić na teren telefonów i dostali zakaz robienia zdjęć.
Potem najpierw dziennikarka rozmawiała z sygnalistami i się wycofała, bo miała za dużo innej pracy. Później wydarzyła się strzelanina w Szwecji i oczy mediów zwróciły się na ten temat. To chwilowo zabrało nam możliwość nagłośnienia tego tematu.
Bardzo często zdarza się, że w międzyczasie pojawiają się sprawy ważniejsze dla mediów niż migranci i redakcje nie mają mocy przerobowej, nie chcą skupiać się na skomplikowanych tematach, w które trzeba zainwestować mnóstwo czasu.
Wolą szybkie newsy. To takie symptomatyczne.
Na szczęście, w końcu redakcja VG doceniła potencjał sprawy i wyznaczyła dziennikarza VG, który wcześniej pisał o zbieraczach truskawek z Polski oszukanych przez rolnika — czyli miał już podobne doświadczenie. Redakcja przydzieliła do tematu dwóch ludzi, śledztwo trwało pół roku, a VG doszło do bardzo trafnych ustaleń. Dzięki nim jesteśmy dziś na etapie zawiadomienia na policję.
Robisz to z ramienia jakiejś organizacji, czy prywatnie? To praca płatna czy wolontariat?
Wolontariat, w moich własnych ramach. Czas, który mogłabym poświęcić na hobby i odpoczynek, poświęcam sprawom migranckim.
Wszystkie działania wykonuję po pracy na pełny etat, wieczorami i w weekendy. Nie jestem w stanie zliczyć godzin.
Są okresy, że niewiele się dzieje — i to wcale nie jest dobry symptom, bo ja wiem, że non stop coś się dzieje. Jeżeli nic nie słyszę, to świadczy tylko o tym, że w danym miejscu nie mam osoby kontaktowej albo że sygnaliści zostali zdemobilizowani, przeniesieni albo rozbici.
Nie reprezentuję żadnej instytucji, organizacji czy stowarzyszenia poza oczywistymi rolami politycznymi i społecznymi, jednak mam garstkę bardzo pomocnych osób, do których zawsze mogę zwrócić się o pomoc. Nie poradziłabym sobie bez nich.
Chyba ważne jest, żeby w tym wywiadzie to wybrzmiało, że – pomimo bardzo szczerych chęci i ogromnego serca do wielu spraw, nie jestem w stanie pomóc wszystkim. Noszę w sobie ogromne poczucie niesprawiedliwości, przeplatanej z niezgodą na stan obecny.
Uważam, że jako osoba prywatna nie powinnam wyręczać instytucji państwowych w ich pracy, a jednak czuję się odpowiedzialna, by to robić.
Która sprawa poruszyła cię szczególnie?
Poruszyła i nadal porusza.
To sprawa Bolidenu, gdzie – moim zdaniem – dowody są czarno-białe. Pracownicy nie zostali dostatecznie wyposażeni w środki ochrony osobistej, z ich relacji wynika, że pracodawca wprowadził ich w błąd. Mieli jechać na demontaż linii produkcyjnej, a ostatecznie trafili do zamkniętego zbiornika, w którym pary rtęci — przenikające przez skórę i drogi oddechowe — ich zatruły.
Jestem w dalszym ciągu w kontakcie z tymi, którzy się nie poddali i nadal walczą.
Śledztwo policyjne trwa od dwóch lat. Jeden z poszkodowanych, z którym jestem w stałym kontakcie, do dziś nie uzyskał żadnej pomocy finansowej od państwa norweskiego poza zasiłkiem chorobowym, który już dawno się skończył.
Człowiek ten traci mnóstwo czasu na udowadnianie faktu, że jest poszkodowanym w tej sprawie. Ta walka sprawia, że podupadł psychicznie. Z człowieka zdrowego, który całe życie utrzymywał rodzinę stał się człowiekiem, który sam wymaga opieki.
W ostatnich tygodniach, szpital sam przyznał, że nie ma nikogo, kto potrafiłby ocenić długotrwałe skutki zatrucia rtęcią, bo takie zatrucia są niezwykle rzadkie. A mimo to stwierdzono na podstawie literatury medycznej, że zatrucie było zbyt krótkotrwałe i zbyt słabe, żeby wywołać trwałe skutki. Takie sprawy są strasznie poniżające i umniejszają cierpieniu tych ludzi. I takich ludzi jest mnóstwo, żadna statystyka tego nie obejmuje.
Odpowiedzialność rozmywa się na granicy dwóch państw.
Norwegia jest demokratycznym państwem prawa. Czy zdarzyło się coś, co zaburzyło ten obraz?
Może to bardzo brutalne, co teraz powiem, ale wolałabym o tym wszystkim nie wiedzieć i dalej mieć przeświadczenie, że żyję w państwie prawa.
Im człowiek mniej wie, tym jest spokojniejszy, ale po tych przypadkach, o których dowiedziałam się z pierwszej ręki włos się na głowie jeży. Skala niezaopiekowania państwa nad migrantami, szczególnie pod kątem zdrowotnym, jest porażająca. Pracownicy migracyjni nie mają swojego silnego głosu ani w polityce, ani w mediach.
Nie mamy pełnego obrazu, statystyk ani badań. To szara strefa, która sama się eliminuje: jedni odejdą, przyjdą nowi. Panuje przeświadczenie, że jeśli ktoś został poszkodowany, to znika z pola widzenia, a na jego miejsce przyjedzie pięciu nowych z zagranicy.
Jak przedstawiciele państwowych spółek podchodzą do zgłaszanych nieprawidłowości?
Rzekomo trwają śledztwa, publikowane są raporty — ale na poziomie technicznym nie zmienia się nic. Nie słyszałam też, żeby ktokolwiek poniósł konsekwencje personalne.
Czasem rezygnuje się z jakiejś firmy: skoro firma pali most, dostaje wilczy bilet i do projektu bierze się inną. Wystarczy jednak przeczekać projekt u innego zleceniodawcy, pył opadnie i można wracać.
I tak długo, jak te schematy będą się powtarzać, tak długo w tym samym miejscu pracy widać będzie różne traktowanie pracowników, pogorszone BHP, pośpiech i brak odpowiednich środków ochrony.
Najbardziej niepokojące jest to, że nawet kiedy pracownicy zgłaszają nieprawidłowości — od najmniejszych rzeczy po bardzo poważne, choćby brak szelek, od których zależy życie rusztowaniowca — to często zostaje zignorowane.
Jakie nastroje panują wśród polskich załóg? Czy ludzie chcą o tym mówić?
Chcą dopiero wtedy, kiedy spotkają się totalnie ze ścianą. Wcześniej nie są zainteresowani, bo każdy jest zależny od regularnych wpływów gotówki.
Panuje kultura strachu — wykazały to zresztą raporty Havtil.
Ludzie muszą być naprawdę zdesperowani i bać się o swoje zdrowie i życie albo o zdrowie kolegów, żeby w ogóle szukać pomocy na zewnątrz.
Widać to po losach tych stu szesnastu osób z Melkøyi. Firmy zareagowały dalszymi represjami: wyznaczonymi przerwami, których trzeba było pilnować, zakazem »nieautoryzowanych przerw« i tym, że przerwa na kawę miała być nieopłacana, a do tego informacją, że osoby chcące wycofać zgłoszenia, są zapraszane do biura. Część po prostu zaniechała bycia sygnalistami — w strachu przed utratą pracy, dochodu i wpisaniem na czarną listę.
Znam przypadek pracownika, który został oznaczony na liście jako ten, który nie powinien być zapraszany na kolejną rotację. Dziś w ogóle nie może znaleźć pracy w Norwegii, bo – jak twierdzi – firmy wymieniają się tymi danymi. Rozmawiałam też z człowiekiem, który był zablokowany przez pięć lat, a całą karierę zbudował na pracy na platformach w Norwegii. Był już na wyższym szczeblu, zorganizował strajk na siedemdziesiąt osób. Ostatecznie on i jego współpracownik zostali zwolnieni. Dla pracowników koniec końców nie zmieniło się nic.
I tu właśnie zabrakło solidarności. Zawsze powtarzam: wszystkich was nie zwolnią. Nie ma firmy, która zapewniłaby pokrycie na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt czy sto osób z jednej rotacji. Musieliby się w jakiś sposób ugiąć i zacząć rozmowy.
W jaki sposób reagują instytucje?
Niedostatecznie i nieefektywnie. Ludzie nie chcą zgłaszać nadużyć sami przede wszystkim dlatego, że instytucje w pierwszym rzędzie pytają, czy mogą podzielić się z pracodawcą danymi osobowymi.
W wielu przypadkach informacje automatycznie identyfikują zgłaszającego. Dla pracownika, który boi się utraty zatrudnienia jest to bariera nie do przeskoczenia.
Przykład Melkøyi: pracownicy piszą do Arbeidstilsynet, Arbeidstilsynet odsyła ich do Havtil. Havtil przyjmuje zgłoszenie, albo już prowadzi postępowanie. Potem minister mówi, że każdy ma prawo do bezpiecznego miejsca pracy. A na poziomie technicznym nie dzieje się nic.
Zgłosiłam do Havtil przypadek, w którym minimum sześć osób zatruło się toksycznymi oparami na Melkøyi. Przeprowadzano ewakuację, ale nie wszyscy pracownicy, z tego co pamiętam, w ogóle zdawali sobie z niej sprawę. Kilka osób trafiło do szpitala. Zgłosiłam sprawę także mediom. Z tego, co mi potem zrelacjonowano Equinor odpowiedział, że w tamtym czasie zakład był zamknięty i nie odbywały się żadne prace. Podobnie odpowiedział Havtil.
Dla mnie to jest kuriozalne: skoro takiej sytuacji nie było, to co z ludźmi, którzy twierdzą, że tam pracowali i zostali poszkodowani? Można wrócić do pojęcia „zbiorowej reakcji na stres” w zatruciach gazem, którą zresztą norweski dziennik Aftenposten wypromował.
Jaka jest skala tego zjawiska? Wielu Polaków w Norwegii komentuje takie doniesienia tak, jakby stanowiły margines.
Skala nadużyć jest ogromna i nie boję się tego powiedzieć.
Jeżeli coś dzieje się w jednym miejscu pracy przez miesiące i lata, osoby, które tam pracują, przyjmują to jako standard i nie zdają sobie sprawy, że ich prawa są łamane. Albo zdają sobie sprawę, ale nie są w stanie nic zrobić, bo nie ma wśród nich solidarności.
Do instytucji i ludzi, którzy się tym zajmują zawodowo bądź wolontaryjnie, dociera ułamek zgłoszeń. Większość osób, które się do mnie zgłaszają, nie ma pojęcia, jak zgłosić problemy z pracodawcą do Arbeidstilsynet, a że sektor ropy i gazu podlega pod Havtil — tego już kompletnie nie wiedzą. Ludzie przychodzą z relacją: zgłosiłem raz, drugi, trzeci, już mnie na kolejną rotację nie wzięli. Foreman mówi, że jestem problematyczny. Odmówić pracy nie mogę, bo na następną rotację nie będzie mobilizacji. I co mam teraz zrobić? Mam dzieci na utrzymaniu, dom w budowie, kredyty. Nie mogę utracić płynności finansowej.
A my jako Polacy, którzy powinniśmy być solidarni z rodakami, wylewamy komentarze: trzeba było nie pracować, trzeba było odmówić pracy. To sprawia, że ludzie tym bardziej boją się mówić o swoich problemach.
Skoro systemy zgłoszeń nie działają, a inspekcje rozkładają ręce — spróbowaliście innej drogi, razem z Belloną. Jak do tego doszło?
Od dłuższego czasu prowadziłam z nimi rozmowy, żeby ich tym tematem zaciekawić. Wcześniej rozmawiałam z Belloną o Bolidenie. Złożyła wtedy zawiadomienie, które zostało umorzone, ponieważ śledztwo już trwało — i trwa do dziś.
Przy Melkøyi w końcu się udało. Podstawą zawiadomienia była dokumentacja, którą zebrałam razem z Justyną Marciniak, sygnalistką z Fellesforbundet; większość informacji trafiła wcześniej do VG.
Chcieliśmy ustalić precedens: pokazać, że krzywdy pracowników migracyjnych są widoczne, nie pozostaną bez echa i że jesteśmy w stanie znaleźć organizacje, które za nami staną.
14 września 2026 roku zawiadomienie trafiło na policję w Oslo. Podpisali je: przedstawiciel Bellony, ja jako reprezentantka poszkodowanych na Melkøya, pracownicy oraz Justyna Marciniak. Policja w Finnmarku zarejestrowała je 28 września. To oczywiście dopiero początek drogi do sprawiedliwości.
Zajmujesz się polityką. Jakie rozwiązania mogłyby zmienić sytuację tych ludzi?
Uważam, że system varsling, czyli sygnalizowania nieprawidłowości w Norwegii, wymaga naprawy.
Przede wszystkim sprawa D-nummer, o którą walczę nie tylko ja, ale też m.in. Aleksandra Czech-Havnerås z Armii Zbawienia, od lat Zoja Sławińska-Ghimire z Polskiego Dialogu. Dziewczyny od lat, z ogromnym zaangażowaniem, walczą o poprawę systemu. D-nummer to tymczasowy numer identyfikacyjny przyznawany osobom zarejestrowanym w Norwegii celem poszukiwania pracy. Moim zdaniem numer tymczasowy powinien być tymczasowy naprawdę: najwyżej sześć miesięcy, a potem z automatu powinien przechodzić w numer stały. Od niego zależy m.in. dostęp do lekarza stałego kontaktu, który monitoruje stan zdrowia i potrafi obiektywnie ocenić go w zderzeniu z warunkami pracy. Dziś tacy ludzie trafiają na legevakt (pogotowie) i wychodzą albo z kwitkiem, albo z krótkim zwolnieniem.
Druga sprawa to lekarze. Nagminnie nie raportują wypadków przy pracy, zarówno dużych, jak i małych, mimo że są do tego prawnie zobowiązani. To strasznie komplikuje dochodzenie praw. Jeżeli pracodawca nie zgłosi wypadku, a pracownik nie wie, że może zrobić to sam, albo nie wie jak, i do tego bez BankID nie zaloguje się nigdzie — ani do NAV, ani do Helsenorge — to ta drabina dostępu rośnie.
Trzecia sprawa to podatki. Powinny spływać do gmin, w których pracownicy faktycznie przebywają. Wtedy gminy miałyby środki, żeby zapewnić im odpowiednią opiekę.
Cała odpowiedzialność za pracowników migracyjnych została przekazana w ręce organizacji pozarządowych i osób prywatnych.
A jak do tego odnosi się polski rząd?
Nie mam wiedzy, żeby polski rząd jakkolwiek odnosił się do tematów, które poruszam. Nie otrzymałam odpowiedzi od ministrów, do których skierowałam list opisujący problemy ludzi, którzy — jak to się w Norwegii mówi — wpadają pomiędzy dwa krzesła. Polski i norweski system są ze sobą nieskoordynowane. Człowiek, który zachoruje lub ulegnie wypadkowi w Norwegii, w kwestii doradczej i na poziomie poszukiwania pomocy, pozostawiony jest, w głównej mierze, sam sobie.
Ludzie wracają chorzy do Polski, a są zarejestrowani w systemie norweskim, i z chwilą ostatniej pensji zaczynają się odbijać od drzwi i okien.
W momencie, w którym firma jeszcze dodatkowo kwestionuje zwolnienie lekarskie, NAV może procedować sprawę bardzo długo. Dopływ gotówki kończy się z chwilą ostatniej wypłaty. Ludzie są odsyłani od Annasza do Kajfasza. To dla nich gehenna, a przecież ogromna część Polonii pracuje za granicą i przywozi do Polski ogromne dochody. A kiedy człowiek traci zdrowie, nagle okazuje się, że ten pracownik nie jest problemem polskim.
Miałaś momenty zwątpienia?
Nie ma dnia, żebym nie miała. To jest uderzanie głową w ścianę, wielokrotnie. Coś zgłaszam, z kimś rozmawiam, kogoś pocieszam, gdzieś to przekazuję dalej.
Sukcesem jest już to, że uda się uzyskać jakikolwiek oddźwięk w mediach. Ale za tym nie idzie żadna poprawa sytuacji, a po drodze tracimy sygnalistę. Czuję się za tych ludzi odpowiedzialna, bo pokładają nadzieję w tych działaniach.
Był jeden przypadek, w którym firma przestraszyła się publikacji i poprawiła pracownikom kontrakty, dając im po tylu latach umowy na sto procent.
Nie wyszło żadne odgórne zarządzenie — adwokaci z renomowanych kancelarii pisali, że każdy powinien wytoczyć proces i że byłyby to procesy wygrane, i oni się tego przestraszyli.
Tyle że bezpieczeństwa to nie poprawiło.
Po takich falach przychodzi chwilowa poprawa, a potem wszystko się znowu rozchodzi się po kościach. Przyjeżdża nowa rotacja, zaczyna się nowy projekt. A razem z ludźmi, którzy wdrażają złe praktyki i nie dbają o bezpieczeństwo, przenoszą się te same nawyki.
Miałam kontakt z ludźmi, którzy przez długotrwałą pracę w takim środowisku dostali rozedmy płuc albo astmy. Ostatnio zgłosiła się do mnie bliska osoba mężczyzny, który pracował pięć lat w Norwegii w różnych warunkach i z różnym dostępem do środków ochrony, a dziś choruje na raka i leczy się w Polsce. I kto mu wykaże, że ta choroba jest skutkiem pracy w szkodliwym środowisku?
Mimo wszystko wstaję codziennie. Trzeba pchać ten wózek i go ciągnąć. Motywują mnie inni ludzie, którzy chyba już nie mają innej nadziei, jak tylko pchać to dalej. Motywuje mnie moja rodzina i moje dzieci.
Chcę, by Norwegia była krajem dobrym dla migrantów, żeby nie odwracała głowy od tych problemów.
Chcę to naświetlać i zmieniać świadomość ludzi, żeby już nie można było powiedzieć: „nie wiedziałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy”.
Polacy budują norweską gospodarkę. Nie szanując bezpieczeństwa pracy, nie szanując sygnalistów, nie dążąc do poprawy warunków sprawiamy, że będzie tylko gorzej, a niesprawiedliwość będzie tylko wzrastać. Nie taki świat chcemy przekazać naszym dzieciom, prawda?
