Kiedy Jan Erik zobaczył czarny dym unoszący się nad Krokstadelva, był na motocyklu. Początkowo nie wiedział jeszcze, jak poważna jest sytuacja. Po czterech dniach wrócił do domu. Jego okolica wygląda dziś jak strefa wojny.
– Pomyślałem: „Ojej, to nie wygląda dobrze” – wspomina 65-latek w rozmowie z VG.
W ubiegły piątek pożar w Krokstadelva zaczął szybko się rozprzestrzeniać. Ødegård pojechał w kierunku swojego domu, by zobaczyć, co się dzieje. Wtedy ogień obejmował jeszcze stosunkowo niewielki obszar.
Kiedy później mieszkańcy otrzymali polecenie ewakuacji, nie było już czasu na zastanawianie się.
Jan Erik zabrał ze sobą tylko dwie rzeczy.
– Zegarek i Biblię.
Zegarek nosi codziennie. Do Biblii często zagląda. Mówi: jest w niej wiele pięknych rzeczy.
– Wszystko inne może przepaść, ale nie Biblia.
Walczyli o domy
Zanim mieszkańcy musieli opuścić swoje domy, mężczyzna wraz z sąsiadami próbował powstrzymać ogień.
Wyciągnęli węże ogrodowe i zaczęli polewać krzewy, ogrody oraz tarasy. W pewnym momencie w domach położonych wyżej woda przestała płynąć, za to ogień pojawiał się w kolejnych miejscach. Płonący popiół unosił się w powietrzu i wzniecał pożar w dalszych obszarach. Kawałki popiołu spadały na tarasy, a nawet do wnętrz domów.
W pewnym momencie sytuacja stała się szczególnie dramatyczna. Ogień płonął bezpośrednio poniżej jego domu, a mieszkańcy nie mieli już dostępu do wody.
Wtedy nadleciały dwa helikoptery i dość szybko ugasiły pożar.
Sąsiedzi nadal walczyli z ogniem. Biegali do niżej położonej części osiedla, gdzie była jeszcze woda, napełniali wiadra i wracali z nimi do miejsc, w których ogień ponownie się pojawiał.
Mężczyzna uważa, że ich działania mogły uratować jego dom.
Wiara w Boga pomogła w najtrudniejszych chwilach
– Byłem przez cały czas bardzo spokojny. Gasiłem i modliłem się – opowiada.
Kiedy dym stał się coraz gęstszy, mieszkańcy otrzymali polecenie ewakuacji.
– Musieliśmy po prostu wyjechać.
Jan Erik wsiadł do samochodu. Wśród płomieni zobaczył ścianę ognia, która dotarła aż do drogi prowadzącej do jego domu.
– To było jak patrzenie w piekło – powiedział w rozmowie z VG.
W czasie ewakuacji zachował jednak spokój.
Jego dom ocalał. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
„Nie poznaję tego miejsca”
Po czterech dniach Jan Erik otrzymał zgodę na powrót. To, co zobaczył, przypominało mu bardziej strefę wojny niż okolicę, w której mieszkał przez niemal 30 lat.
W jego domu nadal nie ma prądu ani czystej wody. Nie wiadomo jeszcze, kiedy będzie można normalnie wrócić do życia. Dom jednak stoi. Dom, który zbudował sam. Prace zakończyły się około 1990 roku. Patrząc na swoją okolicę, nie potrafi jednak w pełni cieszyć się z tego, że jego dom ocalał.
– To dobre uczucie widzieć, że przynajmniej nadal stoi. Ale jednocześnie myślę o ludziach, którzy mieszkali w pobliżu. Stracili wszystko, co posiadali – nagle i brutalnie.
Dziś między ocalałymi budynkami znajdują się ruiny. Zniknęła spokojna okolica z małymi domami szeregowymi.
Jan Erik nie wie jeszcze, jak będzie wyglądał jego powrót do domu. Uważa jednak za bardzo prawdopodobne, że gdyby nie sąsiedzi, ich wspólna walka z ogniem i pomoc strażaków, również jego domu mogłoby już nie być.
