„Fabryki dyplomów zawodowych” – tak przedstawiciel norweskiej organizacji branżowej określił egzaminy czeladnicze zdawane po polsku w Norwegii.
Po drugiej stronie pojawiły się zarzuty o dyskryminację i systemowe bariery, które mogą utrudniać tysiącom pracowników zdobycie formalnego uznania ich kompetencji.
Egzamin zdawany po polsku w Norwegii
Egzamin czeladniczy (fagbrev) od niedawna można w Norwegii zdawać w języku polskim. To rozwiązanie skierowane jest do pracowników pochodzących z Polski, którzy posiadają wieloletnie doświadczenie zawodowe, jednak nie znają norweskiego na poziomie umożliwiającym zdanie egzaminu w tym języku.
Fagbrev może otworzyć drogę do wyższych zarobków poprzez formalne uznanie kwalifikacji.
„Zbyt łatwa ścieżka”
Przedstawiciel Oslo håndverks- og industriforening (Stowarzyszenie Rzemieślników i Przemysłu w Oslo – OHIF), twierdzi, że nowa ścieżka pozwala zdobyć formalne kwalifikacje zbyt łatwo i zbyt szybko.
Dyrektor OHIF, Eivind Andersen, w rozmowie z Dagens Næringsliv (DN) porównał polskie egzaminy czeladnicze w Norwegii do „fabryki fagbrev” sugerując, że w praktyce oznacza to kupno fagbrev za 12 000 koron, tyle bowiem kosztuje przystąpienie do egzaminu.
– Martwimy się, że „fabryki fagbrev” z dwudniowymi kursami prowadzą do powstawania masy równorzędnych dyplomów, które nie mają pokrycia w rzeczywistości i osłabiają modele zamówień publicznych – powiedział w rozmowie z DN.
Zapytaliśmy Eivinda Andersena o badania, raporty lub statystyki dokumentujące różnice w poziomie kompetencji. Nie otrzymaliśmy od niego takich danych.
Może to oznaczać, że zarzuty o „obniżenie standardów” opierają się na ocenie obcego systemu, a nie na pomiarze rzeczywistych kompetencji.
Co na to HK-dir?
Instytucja zajmująca się uznawaniem kwalifikacji to HK-dir – Dyrekcja ds. szkolnictwa wyższego i kompetencji. W mailu do Razem Norge podkreśla, że:
HK-dir nie sprawuje nadzoru nad firmami organizującymi polskie egzaminy zawodowe w Norwegii.
Jednocześnie informuje, że w jednym przypadku pracownik instytucji był obecny podczas egzaminów organizowanych przez D&A Spesialistene AS. Odbyło się to na prośbę Faglig råd for bygg- og anleggsteknikk (Rada branżowa ds. budownictwa i inżynierii lądowe), która chciała sprawdzić, czy egzaminy odbywają się zgodnie z opisem organizatora.
HK-dir potwierdza, że egzaminy odbywają się w deklarowanej formie i obejmują część praktyczną oraz teoretyczną, ale jednocześnie zaznacza, że nie ocenia ich poziomu merytorycznego, a jedynie formalny przebieg.
W maju HK-dir tymczasowo wstrzymała rozpatrywanie tych wniosków – na razie do końca czerwca – w oczekiwaniu na nowe wyjaśnienia merytoryczne.
Kilka poziomów sporu
Dyrektor Byggmesterforbundet, Harald Hansen nawiązuje do osłabienia kompetencji w budownictwie.
– To nie jest kwestia techniczna, lecz wybór kierunku dla jakości norweskiego budownictwa. Zagraniczne kwalifikacje są uznawane na poziomie, który w praktyce może być znacznie niższy niż norweskie standardy – stwierdził na łamach DN.
Według niego podważa to wartość certyfikatów i zaufanie klientów oraz społeczeństwa.
Jednocześnie przyznaje, że nie istnieją badania porównujące jakość pracy obu grup fachowców.
– Na dziś nie istnieją żadne pomiary, które dokumentowałyby, że praca wykonywana przez osoby z dyplomem zawodowym zdanym w języku polskim w Norwegii jest generalnie gorszej jakości niż praca wykonywana przez fachowców, którzy ukończyli standardowe norweskie kształcenie zawodowe – pisze w mailu do redakcji Razem Norge.
Wskazuje natomiast na istotne różnice w samej strukturze egzaminów.
– Nasze obawy nie opierają się na założeniach dotyczących umiejętności poszczególnych osób, lecz na braku udokumentowanej kontroli i zapewnienia jakości w procesach uznawania kwalifikacji.
Z kolei Ewelina Baj (Venstre) od lat angażująca się w sprawy polskich pracowników w Norwegii, dostrzega problem nie w jakości egzaminów, lecz w barierach, które uniemożliwiają imigrantom zdawanie ich po norwesku.
– Mamy do czynienia raczej z fabryką osądów niż fabryką fagbrev – ripostuje Baj na łamach DN.
Wskazuje na systemowe rozwiązania sprzyjające dyskryminacji: brak polityki integracyjnej obejmującej imigrantów zarobkowych, pomijanie ich w programach nauki języka, którymi obejmowani są inni przyjezdni.
Efekt? Liczna grupa pracujących w Norwegii Polaków nie ma szans na zdawanie egzaminów zawodowych w języku norweskim. Dla wielu dodatkową przeszkodę stanowi brak stałego numeru identyfikacji.
– W wielu gminach opłata za egzamin czeladniczy może być uiszczona jedynie przez Vipps – usługę niedostępną dla osób posiadających tymczasowy numer D, a nie stały numer identyfikacyjny. Dodatkowo cena egzaminu dla osób bez stałego miejsca zamieszkania w Norwegii jest o około 10 000 koron wyższa niż dla innych kandydatów – twierdzi Ewelina Baj.
To nie skrót, tylko inny system
Firma D&A Spesialistene AS, która we we współpracy z polskimi izbami rzemieślniczym od 2024 roku organizuje w Norwegii egzaminy czeladnicze po polsku, odrzuca zarzuty dotyczące niskiej jakości egzaminów.
Współwłaściciel firmy, Dominik Myszogłód wskazuje, że system nie obniża wymagań, lecz opiera się na innym modelu. Kandydaci zdają część teoretyczną i praktyczną, muszą też udokumentować wieloletnie doświadczenie zawodowe.
Jego zdaniem istotą tej debaty nie powinna być forma egzaminu, lecz rzeczywiste kompetencje.
– Dokument nie tworzy umiejętności, on je potwierdza – podkreśla.
Wskazuje, że norweski rynek pracy od lat opiera się w dużej mierze na pracownikach zagranicznych, szczególnie z Polski.
– W praktyce dostęp do formalnego potwierdzenia kwalifikacji w języku polskim jest bardzo ograniczony, a w wielu zawodach wręcz nie istnieje. W efekcie powstaje problem rynkowy – osoby posiadające realne, udokumentowane kwalifikacje, ale bez ich oficjalnego potwierdzenia, nie zawsze są wynagradzane adekwatnie do swoich kompetencji. To prowadzi do poczucia nierówności i podważa zaufanie do systemu.
Spór o jakość czy o system?
Spór z poziomu edukacji rozszerzył się na rynek pracy, integrację i dostęp do kwalifikacji zawodowych w Norwegii.
Z jednej strony mamy obawy dotyczące rozluźnienia standardów i utraty kontroli nad jakością fagbrev.
Z drugiej argument, że wielu imigrantów przez lata nie miało realnej możliwości zdawania egzaminów zawodowych z powodu bariery językowej, mimo wieloletniego doświadczenia i pracy w branży w Norwegii.
Warto jednak postawić szersze pytanie: w jaki sposób strzec standardów i jednocześnie wyrównywać szanse wszystkim zatrudnionym na norweskim rynku pracy?
