Jestem DDA

O tym, że jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholików dowiedziałam się za pośrednictwem przyjaciółki. Ona pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej. Rodzina dysfunkcyjna większości kojarzy się z alkoholizmem, awanturami oraz przemocą fizyczną i/lub psychiczną. A jednak dysfunkcji może być o wiele więcej i bywają one bardziej pospolite niż mogłoby się wydawać. Problemem w tamtej rodzinie była cisza. Przeraźliwie głucha i lodowata cisza panująca między rodzicami, którzy do przekazywanie sobie komunikatów wykorzystywali dzieci. W mojej rodzinie utrapieniem był alkoholizm, obecny od pokoleń. Dzieciństwo wspominam jako czas beztroski, zabawy i radości. Moja mama starała się za dwoje. Zrobiłaby dla mnie wszystko. Ojciec był milczącym gburem, obojętnym na wiele spraw. Byliśmy przeciętną rodziną, a pierwsze poważne kłopoty dosięgnęły nas w 2014 roku. Od tamtej pory było tylko gorzej. 

Alkohol czyhał za rogiem i atakował w najmniej spodziewanym momencie. Pili moi dziadkowie, wujowie, babki, kuzyni, zaczęli pić również moi rodzice. Ojciec został złapany w sidła alkoholu dosyć wcześnie, bo już w wieku 27 lat miewał poważne problemy z trzustką i wątrobą. Zmarł dwa lata temu, w Prima Aprilis. Los z niego okrutnie zadrwił. Dwa tygodnie wcześniej skończył 47 lat. Z wątroby zostało sito, w ostatnich dniach życia ojca jej wydajność wynosiła 15%. Nie był do końca świadomy. Toksyny wyrzucane przez zniszczoną wątrobę zaburzały pracę mózgu. Miał omamy, nie rozpoznawał bliskich. Po pogrzebie przyszedł czas na porządkowanie dokumentów. W stosie zakurzonych i pożółkłych papierów odnalazłam wypisy ze szpitali i historie chorób. Przeszedł ostre zapalenie wątroby, zapalenie trzustki, wrzody i stan przedzawałowy. Wytrzymałość tych organów testował wielokrotnie. Nie pił codziennie, ale wpadał w tzw. cug. Wtedy chlał bez opamiętania. Nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może mieć problem. Uważał, że w dowolnym momencie może przestać. W naszym domu nie było alkoholu na co dzień. Piło się okazjonalnie, ale z czasem okazją stał się upalny lipcowy dzień lub zwyczajna sobota. Apogeum alkoholizmu nastało zaraz po rozstaniu rodziców. Zaczęli pić oboje. Dziś z perspektywy dorosłej osoby rozumiem, że do osobistych tragedii doprowadziła ich cała seria niefortunnych zdarzeń, druzgocących wieści, źle podjętych decyzji i ogólnego nieszczęścia, a przede wszystkim alkoholowe zaplecze, zły start w domu, w którym nie było normalnie, a było biednie i nietrzeźwo. Oni dołączyli kolejne ogniwa i łańcuch pijaństwa doszedł do mnie. Jako nastolatka widziałam o wiele za dużo, niż powinien zobaczyć przeciętny dzieciak. Byłam przygnieciona odpowiedzialnością za siebie i wstydem za rodziców. Nie potrafiłam mówić o tym, co dzieje się w domu. Wagarowałam, snułam się nocami po ulicach, słuchałam muzyki i nie miałam pojęcia, gdzie będę następnego dnia. Alkohol niesie za sobą całe spektrum konsekwencji. W pewnym momencie brakuje pieniędzy na jedzenie i nie ma z czego zapłacić czynszu. W związku z tym, że moja mama wyjechała ze swoim partnerem w poszukiwaniu lepszego bytu, ja musiałam zamieszkać z ojcem. Wtedy przestał pić. Oznajmił wszem i wobec, że bez matki będzie żył niczym król i pokaże wszystkim na co go stać. Nie trwało to długo. Mieszkałam z nim z przymusu. Uciekałam do cioci, siostry ojca. Tam miałam spokój i ciepły kąt. A on gdzieś po drodze stracił motywację do podtrzymania danej wcześniej obietnicy. W tym czasie uczyłam się w  liceum ogólnokształcącym. Po szkole chodziłam do pracy, aby zarobić na swoje potrzeby i odłożyć trochę pieniędzy z myślą o studiach. Mieszkaliśmy w małej miejscowości, co nie pozwalało na ukrycie lub zatuszowanie rodzinnych tarapatów. Ta cała sytuacja odbiła się na mnie dosyć mocno, z czego zdałam sobie sprawę dopiero po kilku latach. Jako DDA nieświadome istniejącego problemu, byłam w stanie zapracować się na śmierć. Mogłam harować przez kilkanaście godzin, dzień w dzień, bez przerwy. Dawałam z siebie 200%, nigdy nie odmawiałam, zawsze byłam chętna i gotowa zostać po godzinach. Chciałam udowodnić wszystkim, że jestem coś warta, że jestem lepsza. Chciałam żeby przestano we mnie dostrzegać dziecko alkoholików. Miałam nadzieję, że zamiast litości zacznę wzbudzać podziw. Wciąż bywam dla siebie bardzo surowa i wymagająca. Zdobyłam umiejętność odpoczynku, a zdarzało się, że nie potrafiłam tego robić. Bez pracy czułam się bezużyteczna. Bałam się oceniania. Swoje uczucia i emocje spychałam na drugi plan, uznając że przyjdzie jeszcze czas, kiedy zdążę wiele spraw załatwić i naprawić.  Kiedy ktoś próbował budować ze mną bliższą relację, automatycznie ograniczałam kontakt do minimum, zasłaniając się brakiem czasu i nadmiarem pracy. Moje serce pokryło się lodem. Bywałam obojętna, jakby wyzuta z emocji. Nie robiło na mnie wrażenia sprawianie przykrości innym. Zbytnia bezpośredniość i lekko wypowiadane słowa powodowały zgrzyty w towarzystwie. Jako dusza towarzystwa i wesołek byłam ogólnie lubiana, ale także znana z ciętego języka i chamskich odzywek.

Kiedy zmarł ojciec mojej przyjaciółki, wybrałam się na długą przejażdżkę rowerową. Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. Nie było mnie przy niej w tak trudnej chwili. Nie byłam nikomu potrzebna, a moja obecność lub jej brak nie robiły nikomu różnicy. Gdybym zniknęła, nikt by mnie zapewne nie szukał. Tak wtedy myślałam. Dlatego znikałam często i bez zapowiedzi. Chętnie wskakiwałam w pierwszy lepszy pociąg i jechałam gdziekolwiek. Gapiłam się bezmyślnie na przemykający krajobraz.  Żyłam w myśl zasady „wszystko albo nic”. Jak coś robiłam to maksymalnie, do utraty sił. Miałam etap, w którym przerastało mnie podniesienie się z łóżka. Nie byłam w stanie skończyć referatu na zajęcia, z entuzjazmem zaczynałam jedną rzecz, aby po krótkim czasie się znudzić i rozpocząć coś nowego. Przez dwa lata nie piłam alkoholu, ba! Nawet nie jadłam nic, co mogło zawierać jego śladowe ilości. Wpadłam w wir obsesji, panicznego strachu przed powieleniem błędów rodziców. Zachowywałam się jak trzeźwy alkoholik. Musiałam wziąć się w garść i znaleźć balans. 

Jestem typem bohatera. Mam trzydzieści lat i czasami wciąż miewam kłopoty z zaakceptowaniem niepowodzeń. Bywa, że porażki i uwagi odbieram zbyt personalnie. Mam zakodowane, że mogę liczyć jedynie na siebie, a wszystko co osiągnęłam, zawdzięczam sobie. Zawsze muszę mieć oszczędności, paraliżuje mnie strach na myśl o pustym koncie. Coraz rzadziej stawiam wysoko poprzeczkę, nie raz przyłapałam się na łapczywym dobieraniu dodatkowych zajęć pomimo świadomości ograniczeń czasowych. Niekiedy chcę wciąż udowodnić sobie, że mi się uda, że mogę i dam radę. To tak jakbym miała w sobie potwora głodnego wrażeń, wyzwań, sukcesów i pochwał. On domaga się co rusz nowej pożywki. Nierozwiązane problemy z przeszłości rzutują na funkcjonowanie w dorosłym życiu, a także sprzyjają przenoszeniu niewłaściwych wzorców, pozwalając na dobudowanie następnego dysfunkcyjnego ogniwa.

Po urodzeniu dziecka wydawało mi się, że nie dam rady bez pracy, bo nie udźwignę tego psychicznie. Od pół roku jestem na tzw. postojowym i cieszę się z czasu spędzanego wspólnie z synem. Odnalazłam plusy bezrobocia i korzystam z życia. Zamiast walczyć z wiatrakami, nauczyłam się czerpać z nich energię. Nigdy nie byłam u psychologa. W dużej mierze poradziłam sobie samodzielnie, ale mam jeszcze wiele spraw do przepracowania, bo demony z przeszłości lubią powracać. Mimo to dziś jestem z siebie dumna. Wiem jak ważna jest świadomość. Przyznanie się przed lustrem do problemu jest pierwszym i najtrudniejszym krokiem w rozpoczęciu pracy nad sobą. Moim zdaniem nic nie zastąpi sesji terapeutycznych. Warto zasięgnąć rady specjalisty. Zaoszczędzimy czas, znajdziemy rozwiązanie i odzyskamy radość życia.


Aby uzyskać pomoc i możliwość skorzystania z terapii należy w pierwszej kolejności porozmawiać o tym z lekarzem rodzinnym (fastlege), który może skierować sprawę do DPS (Distriktspsykiatrisk Senter). Warto też szukać grup wsparcia.

rys. Kasia Siwińska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *