Kupa i siku tematem wypracowania? Dlaczego nie. Norwescy nauczyciele chwalą kreatywność dzieci.
Szkolna inspiracja na wypracowanie
Bardzo przepraszam, ale dzisiaj będzie o puszczaniu bąków, a nawet konkretniej.
Nie tylko w przedszkolu dzieci wyżywają się, powtarzając z wielką radością dwa słowa: kupa siku (jasne, jeśli znają przekleństwa, ich repertuar może być o niebo bogatszy). To rajcuje dzieciaki na całym świecie. A jeśli nie na całym, to z pewnością i w Norwegii. I w Polsce. Do dziś pamiętam piosenkę z dzieciństwa mojego mądrego już brata. A brzmiała ona tak:
Kupa kupa, siku siku.
Przedłużone przedszkole?

Myślałam, że po etapie przedszkola mija. Ale najwyraźniej nie (może dlatego, że w Norwegii dzieci rozpoczynają szkołę jako sześciolatki, więc w sumie w pierwszej klasie są z nich takie jeszcze bąble ze starszaków).
A że nie mija wiem ze szkoły. Z tego, co dzieci robią na lekcjach. Nie, nie robią wtedy kupy ani siku. Za to piszą bajki. Fajny pomysł dla pierwszaków, które znają już literki i kilka samodzielnie przeczytanych książeczek mają na koncie. Dobry czas, by zacząć tworzyć (na to nigdy nie ma chyba złego czasu).
Córka przyszła ze szkoły, jak zwykle zadowolona.
– Koniecznie musisz przeczytać opowiadanie – krzyknęła z przedpokoju.
– Dobra, przeczytam. Jakie właściwie opowiadanie?
– Pisaliśmy w grupach na lekcji. Fajne, zobaczysz – zmarszczony nosek i wyszczerzone ząbki sprawiły, że i ja się ucieszyłam.
Kupa? Freud by się uśmiał
Dzieci z klasy wymyślały w grupach opowiadania. Przede mną na dwóch kartkach efekty ich twórczej pracy. Czułam minimalne podekscytowanie.
Na górze kartki wytłuszczonymi literami napisano: Cztery ładne bajki. Hm, hmm. Słuchajcie.
Przytoczę tylko tę, której współautorką jest moja córka.
„Były sobie 3 duże, tłuste świnie, które mieszkały na szczycie dużego bloku. Blok miał 100 pięter. Przyszły do nich w odwiedziny 3 małe kozy, które miały zjeść precelki z krowiej kupy i wypić siku. Potem musiały do łazienki. I tak bajeczka się kończy”.
– Fajna, co? – dziecię znów wyszczerzyło ząbki.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałabym podzielać entuzjazm córki, ale szczerze się zdziwiłam, że nauczycielka nie wspomniała, że tematyka mogłaby sięgać po trochę bardziej wyrafinowane zagadnienia. Z jednej strony rozumiem, że nie należy gasić ducha w narodzie, z drugiej jednak nie rozumiem, bo szkoła powinna jakoś tam przybliżać bardziej do „literatury” niż „makulatury”. Może brakuje mi luzu i zbyt serio podchodzę do tego, czego uczą moje dziecko w szkole.
A z resztą, niech żyje wolność, kupa i siku hip hip, hurra.
Przeczytaj również Norweska szkoła polskim okiem. Jednym z funkcjonujących przekonań o Polakach jest to, że przyjeżdżamy tu tylko do pracy, najczęściej na budowach lub do sprzątania, po czym wracamy z zarobionymi pieniędzmi do Polski. Przeprowadzka to wielkie wyzwanie, z którym łączy się wiele zmian dotykających zarówno dorosłych jak i dzieci. I tak jak nad niektórymi z nich można szybko przejść do porządku dziennego, tak przeniesienie z polskiego systemu edukacji do norweskiego może ucznia, a nawet rodzica zszokować.
Przyjęcie lub wprowadzenie zagranicznych uczniów do norweskiego systemu edukacji zależy w głównej mierze od gminy i jej zasobów. W Kristiansand taką funkcję pełni Mottakksskolen na Lundzie. To tu dzieci i młodzież (uchodźcy, azylanci, imigranci), zanim przejdą do norweskiej szkoły, uczą się języka i zapoznają z panującymi regułami i kodami społecznymi. Nauka w tej szkole trwa maksymalnie dwa lata, później uczeń przenosi się do szkoły rejonowej. W szkołach podstawowych gminy Kristiansand uczy się około 1400 uczniów z ponad 30 krajów. Odpowiada to około 15% wszystkich uczniów. Zgodnie z Ustawą o edukacji uczniowie mniejszości narodowych mają możliwość specjalnego trybu nauki języka norweskiego. Około 850 uczniów przechodzi kursy języka norweskiego, a około 450 uczniów przechodzi dwujęzyczne szkolenie zawodowe.
