Szczepan w krainie lodu. Odcinek 6

Norsk-engelsk 

Większość moich problemów wynika z braku znajomości języka. Pomyliłem nawet nazwę miasta, do którego zamierzałem się dostać, a potem ruszyła lawina nieporozumień. Począwszy od odprawy na lotnisku, gdzie w przechowalni bagażu chciałem nadać moją walizkę, poprzez nieporozumienie z Don Andersenem w Kristiansund i niedoszłe spotkanie pod sklepem Nerwusem, znokautowanie reżysera na dworcu autobusowym, aż do feralnej wizyty w muzeum broni, które okazało się być meczetem. Postanowiłem nauczyć się angielskiego i norweskiego jak najszybciej, co nie jest to wcale takie proste jak myślałem. Większość Norwegów włada angielskim doskonale, ale często zastępują brakujące słowa norweskimi odpowiednikami i powstaje z tego przedziwny miks językowy, tak zwany norsk- engelsk. Do legendy przeszły niektóre zdania mieszane, opowiadane w formie anegdot. 

„I have pigg in my dekk”. Anglik słysząc takie zdanie, odczytałby to jako: mam świnię w pokładzie. Dla Norwega „pigg” to kolce a „dekk” to opona, czyli chciał powiedzieć, że ma opony z kolcami, często używane tutaj zimą, dla zwiększenia przyczepności. 

Wykorzystuję każdą wolną chwilę do nauki i idzie mi nawet nieźle. Mogę zrozumieć większość poleceń w pracy, a i w sklepach nie mam już specjalnych trudności, choć nie zawsze. Szukając materiałów do nauki znalazłem wiersz genialnego poety, przyszłego noblisty w dziedzinie literatury, Jutte Herrens’a, o nauce języka norweskiego i zawiłości jego dialektów właśnie.

Kan Du Norsk, eller ikke?

Wciąż problemy z tym językiem.

Bo Norwedzy moi mili,

sto dialektów wymyślili.

By utrudnić o połowę,

dwa języki urzędowe.

I litery dziwne jakie,

nie rozczytasz gdyś Polakiem.

W szkołach kładą nam do głowy,

bokmål niby ten książkowy.

Lecz gdy wyjdziesz z kursu swego,

nie dogadasz się kolego,

bo tubylcy całą zgrają 

często nynorsk używają.

Wszystko się zaczyna kręcić

no i łatwo się zniechęcić,

bo się uczysz nawet we śnie 

sześć dialektów jednoczenie.

Przecież każda wioska ma

swój dialekcik albo dwa!

My Polacy problem mamy,

lecz się zawsze dogadamy …

już po trzeciej aquavicie,

kiedy szybsze serca bicie

słychać „skål” i problem znika

dotyczący „norsk” języka.

Kończymy właśnie jeden z projektów i zostały nam do zrobienia prace malarskie. To dosyć żmudna robota, wymagająca jednak dużej dokładności. Waldek zajął się szlifowaniem podłóg tak zwanym „sanderem” lub z norweska „slippemaskin”, a ja szpachlowaniem sufitów.

Idzie nam całkiem sprawnie, jednak z ulgą zrobiliśmy sobie przerwę.

– Ale jedziesz z tym szlifowaniem, jeszcze trochę i ci podłogi zabraknie.

– Ja całe życie pracował, dzieci mam pięcioro to i kasy trzeba jak lodu.

– Niby racja, a tęsknisz za rodziną?

– O człowieku, nawet nie wiesz jak bardzo. Młody jeszcze byłem, dwadzieścia lat miałem jakeśmy się z Helenką ochajtali. Weselisko na pół wsi się odbyło bracie. Trzy dni śmy świętowali jak to na Podlasiu. Bimbru bracie, poszło ze trzy beczki, o piwie nie wspomnę. 

– A muzyka z radia była, znaczy z magnetofonu?

– Uchowaj Boże! Zespół nam przygrywał miejscowy. Taki małolat Zenek z sąsiedniej wsi. Pięknie śpiewał różne przeboje aksamitnym głosem. Lihmal bracie, Papa Dance, Kajagoogoo jako żywo.

– I trzy dni daliście radę się bawić?

– No ni bez przerwy. Jak który był mocno zmęczony lub ten yyy… zawiany, to szedł do pobliskiej stodoły, na sianku się zdrzemnąć a i pannice tam też chodziły. Dużo małżeństw powstaje w przeciągu dziewięciu miesięcy po takim weselu – zaśmiał się Waldek i zabrał do pochłaniania dziesiątej już chyba kanapki.

– No to w sumie tam u was jest jedno wielkie wesele przez okrągły rok?

– A wiesz, że masz racji? Praktycznie co weekend. Ale tera dużo mniej, ludzie do miasta pouciekali, nie chcą już na wsi.

– To trochę smutne.

– Ano smutne, ale co zrobić, jak pracy ni ma i nędza wszędzie? Ja bracie, dostałem gospodarkie po ojcu. Tyrałem bracie od rana do nocy. Helenka w ciążę zaszła i powiła bliźnięta a za drugim razem trojaczki nam się trafiły. Nie dawałem już rady i musiałem za granicą grosza szukać. 

Zauważyłem, że słowa „bracie” Waldek używa jak przecinka w zdaniu. 

– A teraz nie jest lepiej, nie chciałbyś wrócić?

– Powiem tak bracie. Człowiek się przyzwyczaja i przestać nie może.Wyjeżdża, pracuje i tęskni. Żona i dzieci też tęsknią i nie mogą się doczekać twojego przyjazdu. Ale jak już jesteś w domu to wszystko cię wkurza bo przyzwyczajonyś w samotności żyć. I ty rodzinę po kilku dniach zaczynasz denerwować bo sam wkurzony chodzisz i się kółko zamyka. 

– Straszne.

– Nu straszne bracie. Są też takie momenty, że wydaje ci się, że im tylko o kasę chodzi. Byś przyjechał, prezenty przywiózł, naprawił w obejściu co trzeba, babę wychędożył, kabzę napełnił i wracaj stary do roboty bo cię już znieść nie można.

–  Waldek i jak sobie z tym radzisz? To przecież dramat takie życie. 

– Nająłeś się za psa? To szczekaj. Muszę bracie, ni mam wyjścia. I wiesz co mi pomaga? 

– Wódeczka? – zapytałem chcąc rozładować trochę sytuację.

Waldek się zaśmiał, ale widać było, że cierpi w głębi duszy.

– Gorzałka też… ale przede wszystkim bracie, modlitwa. Bez niej dawno byłbym skończony, zapił się albo na baby forsę przepuszczał. Modlimy się co dzień wspólnie z rodzino przez telefon, a ostatnio przez Skype’a. To trzyma nas razem i scala.

Rzeczywiście, dopiero teraz zrozumiałem dlaczego Waldek codziennie wieczorem zamyka się na kilkanaście minut w swoim pokoju. Patrzyłem na Waldka z podziwem i współczuciem. Twardy gość, tyle lat w rozłące i nadal potrafi trzymać się mocno. 

– Dobry z ciebie człowiek, wiesz?

– Nu ja Ciebi bracie też polubił. Ale wracajmy do roboty bo się samo nie wyszlifuje.

Uśmiechnął się i ruszył dziarsko do swojej maszyny. Nie jestem pewien, ale chyba widziałem łzy w jego oczach.

Posileni kanapkami z nieśmiertelną „szinke” i wzmocnieni dodatkowo kawą z termosu, ostro wzięliśmy się za pracę.

Maszyna maszyną pracuje jak maszyna. Powoli i systematyczne szlifuje podłogi. Szlifować po norwesku to „slippe”, po angielsku „grind” lub „sand”. W angielskim dodanie końcówki „ing” oznacza wykonywanie czynności w danym momencie, w norweskim pewnie będzie podobnie.

Szpachlując sufit powtarzam sobie różne wyrazy i zdania zarówno po angielsku jak i norwesku.Trochę mi się miesza wszystko, ale podobno trening czyni mistrza, więc jestem uparty i głośno wypowiadam to, czego się do tej pory nauczyłem. Hałas maszyny nie pomaga specjalnie się skupić. Waldek ma słuchawki ochronne na uszach i jest jak w transie. 

Nagle dzwoni mój telefon. To szef, Kristian.

– Heloł Krisitian!

– Hei Śhepen – za każdym razem wymawia moje imię inaczej.

– How is going, what are you doing now? (Jak idzie, co teraz robicie?)

Co mu odpowiedzieć? Waldek szlifuje podłogę. Jak było po angielsku szlifować? Chyba „slip” więc po dodaniu końcówki „ing” powinno być dobrze.

–  Waldek is „slipping” on de flor!

Jak się później dowiedziałem Kristian usłyszał ode mnie następujące zadanie:

Waldek śpi na podłodze!

– What? At work? (Co? W pracy?)

– Jes et łork – odparłem. Pewnie pyta czy pracuje.

– And you Śfepech? (A ty Szczepan?)

Jak się mówi szpachlować? Przypomnij sobie, przypomnij! Chyba będzie „sparkling”! Tak sparkel to szpachla.

– Aj sparkling on de ruf Kristian.

W słuchawce zapadła cisza. Po chwili szef coś powiedział a jedyne co zrozumiałem to: dziesięć minut.

Szpachluję dalej zadowolony z siebie, że tak gładko mi poszła rozmowa.

Po dziesięciu minutach jak huragan wpada do nas Kristian i wyłącza z kontaktu maszynę Waldka.

Ten wyprostował się, zdjął słuchawki i uśmiechnął na widok szefa. Kristian mówi coś podniesionym głosem ale i Waldkowi udaje się wreszcie coś powiedzieć. Pogadali chwilę i oblicze Kristiana najpierw wyraża zdziwienie z niedowierzaniem, by po chwili rozjaśnić się w szerokim uśmiechu. Wreszcie nastąpiła eksplozja. Śmieją się z Waldkiem pokładając na podłodze.

Przez łzy, Maszyna wyjaśnia mi wszystko.

– No bracie, dałeś czadu – nadal łka i z trudem łapie powietrze.

– Kiedy na zadane pytanie, co robimy odpowiedziałeś, że ja śpię na podłodze, to się najpierw wkurzył, ale pomyślał, że może coś mi się stało więc się zmartwił.

Ale gdy powiedziałeś mu o sobie: ja iskrzę na suficie… wywnioskował, że się chyba upiliśmy w pracy!

Po angielsku szpachlować sufit to putty the ceiling, a nie sparkling czyli iskrzyć!

– Good norsk-engelsk Śfepan – powiedział Kristian klepiąc mnie przyjaźnie po plecach. (Dobry norweski-angielski Szczepan.)

Od tego czasu często nazywał mnie The Sparkling Man. Iskrzący mężczyzna.

 Muszę się jeszcze duuużo nauczyć.


Wysiadł z samolotu linii Emirates.

 – Gorąco w tym Dubaju – westchnął i ruszył do czarnego Mercedesa, który czekał na niego przed lotniskiem.

Wiktor wyszedł mu na spotkanie i przywitali się wylewnie.

Popijając szampana w klimatyzowanej limuzynie rozmawiali oczywiście o interesach.

– Jesteś pewny, że to dobry pomysł? Ja mam mieszane uczucia, to fanatyk i zwyrodnialec – powiedział Wiktor But, znany na całym świecie handlarz bronią.

– Może i tak, ale potrzebuje „kałaszy” i płaci dobrą cenę. Biznes to biznes.

– To może być niebezpieczna misja, nie boisz się?

– Kto nie ryzykuje, ten nic nie ma. W moim wieku Wiktorze niewiele może mi się stać, najwyżej umrę.

– W porządku, to twoja decyzja. 

– Muszę się wykąpać i przebrać przed dalszą podróżą, bo biały garnitur nie jest zbyt praktyczny w Ugandzie.

– Masz apartament do dyspozycji, a mój Antonov będzie czekał na ciebie o piątej rano. Przyślę po ciebie samochód.

– Dziękuję przyjacielu.

Nie mam przyjaciół, mam tylko interesy, pomyślał But i odparł

– Nie ma sprawy przyjacielu, powodzenia.

Dojechali na miejsce. Duży, przestronny hotel nad brzegiem morza kusił swoim luksusem, pobliską plażą i wspaniałym widokiem. Nie miał jednak czasu na uciechy. Musiał przygotować się do długiej i niebezpiecznej drogi. Po kąpieli zamówił do swego pokoju homara, butelkę białego Chablis i otworzył laptop.

Wysłużony Antonov AN-12 rzeczywiście czekał w umówionym miejscu. Był odrapany i brudny. Na ogonie samolotu, na stateczniku pionowym, widać było jeszcze wyblakłą, czerwoną gwiazdę, symbol ZSRR. Piloci właśnie kończyli malować fałszywy zapewne numer boczny. Poprawił na sobie mundur polowy bez dystynkcji i założył przeciwsłoneczne okulary. Lubił mundury, przecież kiedyś był wojskowym, sędzią co prawda, ale w stopniu kapitana.

–  Nu tawariść, wsio w pariadkie. Iddti k aeroplana. U tiebia bagaża niet?

–  Tolka ten cziornyj nesesér.

– Tagda palietim. Możet bujat niemnożka, bo my wcziera skridło zakańczili podmienić i nie wsio pasujet, ale dzialać budiet.

– Charaszo, tagda paszli.

Co za złom! Czy ten Wiktor oszalał? 

Dostarcza broń każdej armii świata, oprócz Armii Zbawienia, ale żeby aż takim gratem?

Wystartowali wreszcie.


Przeczytaj również:

Szczepan w krainie lodu. Odcinek 1

Szczepan w krainie lodu. Odcinek 2

Szczepan w krainie lodu. Odcinek 3

Szczepan w krainie lodu. Odcinek 4

Szczepan w krainie lodu. Odcinek 5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *