Mnich z Montpellier. Odcinek 4. Więzy krwi

Przymknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, mój brat znów siedział naprzeciwko mnie.

– Dobrze poszło – oznajmił. – Teraz Berenika śpi, będziesz mógł do niej pójść za parę godzin. Poprawa była natychmiastowa. Miałem prawie całkowitą pewność, że tak będzie, ale zawsze jest to „prawie”. Sam zabieg to bagatelka, każdy w miarę zręczny cyrulik umiałby go przeprowadzić, ale najtrudniejsze jest rozpoznanie gatunku krwi. Niewłaściwie dobrana krew zabija jak trucizna, Larry. W tym, że Berenika trafiła na ciebie, musiał być palec Boży. Znaleźć inną osobę, której krew tak idealnie harmonizowałaby z jej organizmem – to graniczyłoby z cudem. I w dodatku osobę chętną do oddawania jej swojej krwi.

– Możesz dla niej wytoczyć całą moją krew, jeżeli to potrzebne – powiedziałem.

– Bez egzaltacji, braciszku – zaśmiał się Edgar. – Jesteś potrzebny Berenice żywy i w dobrym zdrowiu. Taki zabieg, jak dzisiejszy, wystarczy przeprowadzać raz na tydzień. To zupełnie odpowiednia terapia, w połączeniu z odpowiednim odżywianiem. Jeśli Bóg nie zechce inaczej, będzie żyła nie krócej od ciebie. Ale czy rozumiesz, co to znaczy? Jeżeli chesz, aby żyła, nie będziesz się mógł z nią rozstać.

– Przecież nie chcę się z nią rozstawać! – zawołałem. – Kocham ją. Chcę, żeby została moją żoną. Chcę z nią być do końca życia, tak jak się mówi w przysiędze małżeńskiej: w zdrowiu i w chorobie…

– Wiem, że ją kochasz – powiedział powoli Edgar. – Ale ojca też kochasz, prawda? I wiesz, co dla niego jest najważniejsze: przyszłość rodu. A ty jesteś ostatnią nadzieją książęcej dynastii. Żeniąc się z Bereniką wprowadzisz do rodu chorą krew. 

– Przyszłe pokolenia, Larry, to nie abstrakcja – mówił dalej. – To dzieci. Widywałem małych chłopców cierpiących na tę chorobę: dzieci, które nie mogą się bawić jak ich rówieśnicy, dla których zwykły upadek przy zabawie kończy się tygodniami leżenia w łóżku, dla których wyrwanie zęba stanowi zagrożenie życia. Chcesz nie tylko unieszczęśliwić ojca, lecz także obciążyć swoje sumienie cierpieniem dzieci?

Pomyślałem o Aleksandrze. I o małym Hiacyncie.

– Mógłbym spłodzić dziecko z inną kobietą – powiedziałem po namyśle. – Za zgodą Bereniki, oczywiście. Berenika mogłaby je uznać za swoje. Nikt z zewnątrz nie musiałby o tym wiedzieć, ojciec też nie.

– W zasadzie tak – zgodził się Edgar. – Ale rozumiesz, że nie wolno mi zachęcać cię do grzechu. Powiedziałem ci to, co uważałem za konieczne. Nie mogę za ciebie podjąć decyzji. Bardzo mi cię żal, Larry, ale to kwestia twojego sumienia.

– Słuchaj, Edgar – zacząłem – co do sumienia… ja ci jeszcze nie powiedziałem wszystkiego o Berenice.

Opowiedziałem o Aleksandrze, Hiacyncie i Arsinoe. O greckich statuach i braku chrześcijańskich symboli w pałacu. O dziwnych pytaniach Bereniki.

– Bardzo osobliwe i bardzo smutne – stwierdził mój brat. – Nieszczęśliwy człowiek z tego Aleksandra. Skoro wyznaje dawną religię, to nie można go osądzać z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej. Nie wiedziałem, że we Francji jeszcze można trafić na pogan. No, ale na Północy co drugi wiking nosi na szyi i krzyż, i młot Thora, całą Europę wschodnią zamieszkują poganie… więc może nie należy się dziwić, że i tu uchowały się pojedyncze enklawy starego kultu. Może Berenika z czasem zainteresuje się naszą wiarą. Będę z nią o tym rozmawiał, ale powoli, w takich sprawach nie wolno nic robić na siłę. Nawracanie to niesłychanie delikatna kwestia. Idź, zobacz, czy już się obudziła. – Poklepał mnie po ramieniu. – I, wiesz, żadnych pochopnych decyzji. Tobie też potrzeba czasu.

***

Berenika wyglądała tak świeżo i zdrowo, jak w dniu, kiedy spotkaliśmy się w klonowej alei. Dopytywała się o Edgara, klasztor i kapłanów najważniejszego Boga. Odpowiadałem ostrożnie. Bardziej złożone zagadnienia teologiczne wolałem pozostawić Edgarowi.

Wracając do mojej celi usłyszałem cichy szept modlitw z wnętrza szpitalnej kaplicy. 

Wszedłem cicho przez uchylone drzwi. Edgar leżał krzyżem przed ołtarzem. Wzdrygnąłem się, bo wydało mi się, że głowę ma skąpaną we krwi. Ale to blask wiecznej lampki w taki dziwny sposób połączył się ze światłem padającym ze szkarłatnego płaszcza Madonny na witrażu.

Niezdecydowanie zatrzymałem się przy drzwiach. W szepcie Edgara powtarzały się słowa sanguis, krew, i frater, brat. Zrobiłem parę kroków do przodu. Teraz docierały do mnie dłuższe urywki modlitwy.

– Panie Jezu Chryste, który swą krew najświętszą przelałeś za braci swoich, przyjmij moją niegodną krew zamiast krwi brata mego – szeptał Edgar. –Chryste, przez tajemnicę krwi Twojej oczyść krew tej nieszczęśliwej, a zabierz krew z moich żył, jeśli taka Twoja wola, Panie…

Zrozumiałem, że to nie konwencjonalna modlitwa z brewiarza. Cicho wycofałem się z kaplicy.

Edgar zajrzał do mnie o zmierzchu. 

– Larry, weź się w garść – powiedział wesoło. – Z panną i tak dziś żenić się nie możesz, bo, po pierwsze, jeszcze nie całkiem przyszła do siebie, a po drugie, nie jest ochrzczona. Ale możesz i powinienieś z nią i ze mną zjeść kolację. Od razu ci się humor poprawi. Dziś na szczęście nie ma postu.

– Marynowana cielęca wątróbka to mój popisowy numer – monologował Edgar, nakładając nam obfite porcje. Berenika wstała z łóżka i siedziała z nami przy stole. 

– Wątróbka bardzo dobrze wpływa na anemiczne panny i melancholijnych kawalerów. Miałem za młodu w Yorku przyjaciela, chłopak miał złote serce, ale ciągle wplątywał się w jakieś awantury. Po pewnym pojedynku stracił tyle krwi, że niech się panna Berenika schowa ze swoimi drobnymi przypadłościami. I po mojej kuracji wątróbkowej w mig stanął na nogi, a jakie miał powodzenie u dziewcząt! A ja na dodatek byłem jego spowiednikiem. Spowiedź, proszę pani, to taki obrządek w naszej religii, przy którym w tajemnicy mówi się kapłanowi o swoich niedobrych uczynkach, a on daje rady, jak ich na przyszłość unikać, a potem uwalnia człowieka od jego win. To bardzo dobrze wpływa na stan ducha. Więc ile ja się przy tych jego spowiedziach nasłuchałem, cha, cha! Ale oczywiście nie mogę tego opowiadać.

Ile ja się przy tych jego spowiedziach nasłuchałem Zdj. Gerd Altmann/Pixabay

– To według waszej wiary niedobrą rzeczą jest podobać się pannom? – spytała Berenika.

– Samo podobanie się nie jest złe – wyjaśnił Edgar. – Natomiast niedobrze jest, jeśli się pannie zawraca w głowie, a potem ją zostawia i biegnie bałamucić inne. Zasada jest prosta: niedobre jest sprawianie komuś przykrości i bólu. Ale w przypadku mojego przyjaciela te postępki nie wynikały ze złej woli, więc surowo go nie osądzałem. 

Przez cały wieczór Edgar zabawiał nas anegdotkami ze swoich młodych lat, wplatając w nie sporo informacji o religii. Chwilami śmialiśmy się wszyscy troje jak szaleni. Trudno było uwierzyć, że to ten sam człowiek, który przed kilkoma godzinami szeptał tak rozpaczliwą modlitwę. 

– Wasza wiara wydaje mi się lepsza niż kult naszych bogów – zwierzyła mi się po paru dniach Berenika. – Oni często są tacy okrutni i samolubni. Zresztą może ich w ogóle nie ma? Aleksander też nie bardzo w nich wierzy. Składa im ofiary ze względu na tradycję, ale nieraz mówił, że bogowie to właściwie tylko metafory.

***

Następnego dnia Berenika czuła się tak dobrze, że Edgar zaproponował odwiedziny u swojego przyjaciela, Iana Sleighstone’a.

Kiedy dosiadaliśmy koni, od strony obór rozległ się donośny ryk. Nasza krowa nie miała zamiaru pozwolić, abyśmy ją opuścili. Wyrwała się trzymającemu postronek pachołkowi, pognała w moją stronę jak rączy jeleń i z zadowoleniem szturchnęła mnie pyskiem w nogę.

– To dopiero wierna wielbicielka – stwierdził Edgar. – Niech z nami idzie, Sleighstone’owie się ubawią.

Przed obszernym, białym dworem bawiła się z psami trójka małych chłopców. Popędzili w naszym kierunku.

Zdj. luctheo/Pixabay

– Dlaczego wujek przyprowadził krowę? – zainteresował się jeden z malców.

– To bardzo mądra krowa i bywała w świecie – wyjaśnił z powagą Edgar. – Pochodzi aż spod Paryża. Dzisiaj rano powiedziała do mnie tak: „Dużo rzeczy w życiu widziałam, proszę ojca, ale dopiero tu się dowiedziałam, że we Frontignan mieszka takich trzech łobuzów, jakich świat nie widział. Bardzo proszę mi ich pokazać, bo inaczej z ciekawości stracę mleko”. Ale z krową pogadacie później, teraz proszę się przywitać z panią i z panem. Wiecie, kim ten pan jest? To mój młodszy braciszek!

– Jestem Edgar Sleighstone. Dostałem imię po stryjku. To moi bracia, George i Hubert. – Malcy grzecznie się ukłonili. – My też niedługo będziemy mieli młodszego braciszka albo siostrzyczkę – zakomunikował z dumą mały imiennik mojego brata.

Po chłopcach serdecznie przywitali nas Ian, barczysty olbrzym o młodzieńczej, ogorzałej twarzy i niemal zupełnie siwych włosach, i jego żona, ładna brunetka o typowo francuskiej urodzie. Widać było, że rodzina niedługo się powiększy.

Czułem w sercu lekkie ukłucie zazdrości. Takiemu Ianowi to nic do szczęścia nie brakuje, pomyślałem. Kwitnący majątek, kochająca żona, gromadka zdrowych jak orzechy dzieci… Wyobraziłem sobie siebie na miejscu Iana. Ojciec byłby w siódmym niebie… Ale ja nie opuszczę Bereniki, nigdy! Nie musimy mieć potomstwa. Świat się nie zawali, jeśli z niego zniknie ród Suffolków. 

Podjąłem decyzję. Dziś oświadczę się Berenice, postanowiłem.

Berenika patrzyła na dzieci Iana też z trochę melancholijnym uśmiechem. Najstarszy zachowywał się przy stole jak mały królewicz, ale czteroletni bliźniacy byli mocno rozbrykani. Znajdowali się na etapie udowadniania światu, że ze wszystkim już potrafią sobie sami poradzić. Za nic nie chcieli przyjąć pomocy przy napełnianiu kubków czy krojeniu mięsa. Skutki nie dały na siebie długo czekać. Talerz z pieczenią przesunął się na krawędź stołu i niepokojąco przechylił, siedząca obok Berenika odruchowo podtrzymała naczynie, a nóż, którym malec próbował zaatakować mięso, trafił w jej dłoń.

Zerwałem się. Berenika szybkim ruchem przycisnęła rękę do ust, a Edgar błyskawicznie wydobył z kieszeni habitu zwój bandaży. Delikatnie ujął dłoń Bereniki. Wpatrzyliśmy się w nią jak skamieniali.

Między kciukiem a wskazującym palcem widniała cienka czerwona kreska, a na niej malutka kropelka krwi. Edgar ostrożnie wytarł ją skrajem bandaża. Nie pokazała się ani jedna nowa. Skaleczenie przyschło w mgnieniu oka. 

– Cud – szepnął Edgar. – Dzięki Ci, Panie.

– Ja nie widzę nic cudownego w tym, że mój syn wymachuje przy stole nożem jak pijany wiking i kaleczy gości – burknął Ian. – Hubert, klęczenie na grochu cię nie ominie.

– Ja niechcący, przepraszam – wydukał chłopiec, najwyraźniej przerażony naszą niewspółmierną do wydarzenia reakcją.

– Nic się nie stało… nic się nie stało… – powtarzała Berenika ze zdumieniem. Patrzyliśmy wszyscy troje po sobie oczyma jak spodki, a Ian i Yvette też byli mocno zdziwieni.

Edgar pokrótce wyjaśnił nasze zdumienie. Zrobił to bez odsyłania dzieci od stołu, w prostych słowach, zrozumiałych dla małych chłopców. A potem było dużo gratulacji i śmiechu, i aromatycznego wina, i wspaniałych ciast z owocami, i po prostu mnóstwo radości.

Ruszyliśmy w powrotną drogę o zachodzie. Edgar pozostał w tyle, bo jego mały imiennik uparł się, aby go odprowadzać na kucyku, i prowadził z nim przyciszonym głosem jakąś bardzo istotną rozmowę. Przez jakiś czas dobiegały do nas ich głosy, a potem wchłonęła je wieczorna mgła.

Zdecydowałem, że i ja przeprowadzę istotną rozmowę. Zapytałem Berenikę, czy zgodzi się zostać moją żoną.

– Ja i tak nie chciałbym się z tobą rozstać, Bereniko – powiedziałem – ale może łatwiej przyjdzie ci odpowiedź teraz, kiedy nie jesteś już zależna od mojej krwi? Prosiłbym cię o to samo, gdybyś nie wyzdrowiała… Kocham cię od pierwszego dnia naszej znajomości. 

Dość długo nie odpowiadała. Prawie nie widziałem jej twarzy w gęstniejącej mgle.

– Larry – odezwała się wreszcie – może to dobrze, że jeszcze nie zostałam chrześcijanką, bo popełniłabym grzech. Muszę ci sprawić przykrość. Wszystko źle zrozumiałeś. Ja muszę wrócić do Aleksandra.

– Naprawdę chyba coś źle zrozumiałem. – Głos mi się trochę łamał. – Błagałaś mnie, żebym ci pomógł od niego uciec. Groziłaś, że odbierzesz sobie życie.

– Nie chciałam, żebyś ty lub ktokolwiek inny znów przez mnie umarł. Gdybyś mnie ze sobą nie zabrał, to naprawdę bym się zabiła. Nie chciałam, żeby Aleksander dalej robił… te straszne rzeczy. A on by nie przestał, dopóki bym żyła. Jestem ci bezgranicznie wdzięczna, Larry, tobie i Edgarowi. Okazałeś się najlepszym przyjacielem, jakiego można wymarzyć. Ale Aleksander… to dla mnie ojciec i matka, i ukochany… wszystko. Należę do niego. Żegnaj, Larry. Pozdrów ode mnie Edgara; on mnie zrozumie.

– Przecież nie odjedziesz teraz! – zawołałem. – W nocy, we mgle, sama!  Odprowadzę cię, wyruszymy jutro, jeżeli chcesz…

– Nic mi się nie stanie. Aleksander jest w pobliżu. Domyślił się, gdzie mnie szukać. Jest tu od kilku dni. Wiedziałam, że mnie kocha bardziej niż własną duszę, ale nie myślałam, że aż tak… Dał mi wolny wybór. Nie zatrzymywałby mnie, gdybym chciała odjechać z tobą, do twojego Frontignan. Życie we frontignańskich dworkach tego świata jest spokojne i dobre, ale nie dla mnie. Mam w żyłach krew dzieci, którą dla mnie przelewał Aleksander. To są prawdziwe więzy krwi i dusz. Nierozerwalne. Wybacz mi, Larry. Nie chciałam pozbawić cię życia, ale może zrobiłam coś gorszego. Spróbuj nie mieć do mnie żalu. Edgar mówił, że prawdziwy chrześcijanin potrafi wybaczać.

Poczułem na policzku jej usta. Przynagliła konia i znikła we mgle.

C.d.n.

Poprzednie odcinki Mnicha z Montpellier:

Odcinek 1. Biały jeleń i uczta Tantala

Odcinek 2. Hiacynt i Berenika

Odcinek 3. Klasztor

Zdjęcie główne: Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.