Langskipy, czyli o tym jak Wikingowie swoje okręty budowali

Człowiek podróżował od zawsze. Począwszy od pierwszych plemion, koczujących w poszukiwaniu pożywienia, poprzez zdobywców nowych terytoriów, aż po dzień dzisiejszy gdy za „drobną” opłatą można polecieć w kosmos lotem komercyjnym.

Pierwsze wzmianki o podróżach turystycznych pojawiają się dwa tysiące lat temu, kiedy to mieszkańcy Mezopotamii udawali się zwiedzać ruiny.

Człowieka często gdzieś ciągnie w nieznane, a jeżeli może przy tym dobrze zarobić, nie zastanawia się długo. Podobnie było z Wikingami. Oczywiście nie wyruszali oni w celach stricte turystycznych, bo trudno turystyką nazwać grabienie i palenie napotkanych wiosek, jednak ówcześni ludzie nie różnili się od nas aż tak bardzo, jak  nam się wydaje. Byli tak samo ciekawscy i żądni przygód. Kraje północnej Europy, na przykład Norwegia, nie były tak przyjazne ludziom w średniowieczu, jak obecnie. Ziemi uprawnej było mało, dróg praktycznie żadnych. Tylko góry, lasy i woda. Ta ostatnia dawała jednak pewne, poza łowieniem ryb, możliwości. Podobnie jak dzisiaj, była darmową siecią autostrad, której budować nie trzeba dlatego korzystano z niej, ile się dało.

Ale żeby pływać po morzu, trzeba mieć czym. Dlatego na drodze technicznej ewolucji powstały „langskipy”, czyli długie łodzie Wikingów. 

Z czego je budowano?

Oczywiście z dostępnych materiałów, czyli drewna. Najlepszym był dąb, który nie gnije w wodzie a wręcz przeciwnie, twardnieje z upływem czasu. Zasada budowania okrętu nie zmieniła się specjalnie do tej pory. Najpierw stawiano solidną stępkę, czyli belkę ciągnącą się wzdłuż od rufy do dziobu. Do niej przymocowywano masywne, poprzeczne wręgi, wygięte ku górze. Wyglądało to trochę jak szkielet leżący na kręgosłupie z wystającymi żebrami, stąd nazwa techniczna – ożebrowanie. Wszystko musiało być idealnie do siebie dopasowane, robiono to na „wczepy” bez użycia żelaznych gwoździ. Te pojawiały się dopiero przy montażu poszycia okrętu, układanego na zakładkę. Deska zachodziła na deskę i tak do samej góry. Trzeba było zaplanować miejsce na maszt, ławki, wiosła i ładunek. To wszystko bez programów komputerowych wyliczających wszystko co do milimetra. Ówcześni cieśle byli arcymistrzami w swoim rzemiośle. Posługiwali się prymitywnymi narzędziami takimi jak piła, sznurek czy topór. Ten ostatni różni się od zwykłej siekiery sposobem ostrzenia. Ostrzony jest bowiem z jednej strony, a druga pozostaje prosta, co ułatwia równe ociosywanie drewna i w rękach dobrego fachowca staje się wbrew pozorom narzędziem bardzo precyzyjnym. Drewno szlifowane było przy pomocy piasku i kamieni. Budowa lagngskipa trwała dosyć długo, ale był tego czasu wart. Już jedna udana wyprawa na viking, potrafiła zwrócić poniesione koszty budowy.

Ilustracja: Fiona

Wielkość

Nie było jakiejś odgórnie ustalonej wielkości okrętów. Liczyło się ją ilością wioseł, a nie długością czy wypornością. W Norwegii najpopularniejszymi jednostkami były tak zwane tvitugsessa, czyli okręt posiadający dwadzieścia par wioseł. 

Laikowi nic to obecnie nie mówi, dlatego użyję systemu metrycznego, abyście łatwiej mogli sobie wyobrazić przeciętnego langskipa. 

Okręty te były długie na 25-27 metrów, o szerokości około pięciu, do tego dochodził osiemnastometrowy maszt noszący 130 m2 żagla, czyli kawał łajby. Teraz wystarczyło jeszcze obsadzić go dziewięćdziesięcioosobową załogą i można wyruszać na podbój świata.  

Długie łodzie odniosły wielki sukces. Były jednostkami uniwersalnymi i doskonałymi jak na owe czasy. Nadawały się do dalekich podróży na pełnym morzu  (choć starano się raczej trzymać bliżej brzegów), do pokonywania rzek, do desantów na plaże, a także do jeżdżenia po lądzie! Nie przesadzam. Te średniowieczne amfibie, były na tyle lekkie, że przy pomocy drewnianych bali podkładanych pod kadłub i siły pociągowej zwierząt lub niewolników, były przeciągane nawet na spore odległości, gdy zaszła taka potrzeba. Langskipy były elastyczne nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Poddawały się falom i jak gdyby „płynęły” wraz z nimi. Co prawda warunki żeglugi dalekie były od komfortu, bo trzeba było przecież pomieścić w takiej łodzi ludzi, wodę pitną, zapasy żywności, broń, a jeszcze zostawić sporo miejsca. Jakoś to jednak Wikingowie znosili. Ciasnota, brak dachu nad głową rekompensowane były jednak bogatymi łupami, bo przecież langskipy były okrętami wojennymi, budowanymi w celu tych łupów zdobycia. 

Jak to się stało, że langskipy wreszcie odeszły do lamusa, po 1100 roku? 

Ano zostały one stopniowo wyparte przez nowocześniejsze, płaskodenne lodzie hanzeatyckie, które zapoczątkowały nowy trend statków żaglowych. Długie łodzie przestały być skuteczne. Miasta i wioski dotychczas z łatwością plądrowane przez Normanów, zaczęły budować umocnienia i zbroić się. Sami Wikingowie też zauważyli, że łupieżcze wyprawy nie są już tak opłacalne jak kiedyś i zaczęli się osiedlać w różnych miejscach Europy. 

Jak zwykle wolny rynek sam wszystko uregulował i niepotrzebne już langskipy zniknęły z naszego świata.

Niewiele w sumie wiemy o tych okrętach. Zachowało się kilka rysunków i kilka odnalezionych wraków. Oprócz działania czasu, niszczenia langskipów dokonywali sami Wikingowie, paląc je w ceremoniach pogrzebowych. Nieliczne, które ocalały, są bazą do rekonstrukcji.

Jednym z bardziej znanych, zrekonstruowanych okrętów jest „Saga Osberg” z Tønsberg, wierna kopia okrętu z IX wieku odnalezionego na pobliskiej farmie. Oryginał można oglądać w Muzeum Łodzi Wikingów w Oslo, gdzie jest więcej jemu podobnych.

Młodszych czytelników pragnących zgłębić swą wiedzę o wikingach, odsyłam do tekstu z cyklu „poezja wierszowana”. Znajdą tam wierszyk pod tytułem „Nierogaci Wikingowie” w którym z przymrużeniem oka zawarta jest historia dzielnych żeglarzy z północy.

Zdjęcie: Steinar Engeland/Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *