Na pokładzie o statku wycieczkowego MV Hondius miała rozpocząć się podróż przez południowy Atlantyk. Zamiast tego światowe służby sanitarne śledzą dziś możliwe ognisko jednego z najbardziej niepokojących wirusów odzwierzęcych ostatnich lat.
W piątek brytyjskie służby zdrowia potwierdziły dwa nowe przypadki zakażenia hantawirusem u obywateli Wielkiej Brytanii. W Holandii zakażenie potwierdził również Uniwersytecki Szpital w Lejdzie. Przypadki dotyczą pasażerów i ludzi mających kontakt ze statkiem, na którego pokładzie znajdowało się 149 osób.
Do tej pory potwierdzono zakażenia związane z podróżą u obywateli Holandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Republiki Południowej Afryki. Trzy osoby zmarły.
W centrum uwagi znalazł się wirus Andes — rzadki wariant hantawirusa występujący głównie w Argentynie i Chile. To właśnie z Argentyny statek wypłynął 1 kwietnia.
Choć obrazy medyków w kombinezonach ochronnych i relacje o kolejnych hospitalizacjach wywołują skojarzenia z początkiem pandemii COVID-19, norwescy eksperci podkreślają, że sytuacji nie należy porównywać z koronawirusem.
– Norweska gorączka mysia to dobrze znana infekcja przenoszona przez gryzonie i nie jest chorobą przenoszącą się między ludźmi – mówi Joakim Øverbø, ordynator Oddziału Wirusologii w Norweski Instytut Zdrowia Publicznego.
Ekspert zaznacza, że ognisko na statku wydaje się „rzadkim i poważnym zdarzeniem medycznym związanym z podróżą”.
Dwa różne światy hantawirusów
Dla norweskiego czytelnika kluczowe jest rozróżnienie między hantawirusami występującymi w Skandynawii a tymi, które wywołują ciężkie zakażenia w Ameryce Południowej.
W Norwegii od lat występuje wirus Puumala, wywołujący tzw. gorączkę mysią. Zarażenie następuje zwykle podczas kontaktu z odchodami lub moczem gryzoni, na przykład podczas sprzątania domków letniskowych, drewutni czy piwnic po zimie.
Objawy są zazwyczaj umiarkowane: gorączka, bóle mięśni, bóle pleców i problemy z nerkami. Większość pacjentów wraca do zdrowia.
– Nie ma powodu obawiać się zwykłego kontaktu społecznego z osobą, która przeszła gorączkę mysią – podkreśla Øverbø w rozmowie z forskning.no.
Inaczej wygląda sytuacja w przypadku wirusa Andes. Ten wariant może prowadzić do ciężkiej niewydolności płuc i układu krążenia. W niektórych przypadkach może także przenosić się między ludźmi podczas bliskiego i długotrwałego kontaktu.
– To właśnie szybkie przejście od objawów przypominających grypę do ciężkiej niewydolności płuc sprawia, że wirus Andes jest tak niebezpieczny – mówi Øverbø.
Czy Norwegia ma powody do obaw?
Na obecnym etapie norweskie służby zdrowia nie sygnalizują podwyższonego zagrożenia dla społeczeństwa.
W 2024 roku w Norwegii odnotowano 27 przypadków gorączki mysiej. Dla porównania, w sąsiedniej Szwecji rejestruje się średnio około 300 przypadków rocznie.
Jörn Klein, profesor mikrobiologii i kontroli zakażeń na Uniwersytecie Południowo-Wschodniej Norwegii, uważa jednak, że norweskie przypadki mogą być niedodiagnozowane.
– Wirus przecież nie zatrzymuje się na granicy – mówi.
Jednocześnie profesor uspokaja, że mieszkańcy Norwegii nie powinni obawiać się południowoamerykańskiego scenariusza.
– My w Europie powinniśmy bardziej martwić się wirusem Puumala niż tym konkretnym przypadkiem – ocenia.
To istotne rozróżnienie. Ognisko związane z MV Hondius ma charakter wyjątkowy: dotyczy zamkniętej grupy podróżnych, którzy mogli zostać narażeni jeszcze przed wejściem na pokład statku.
Według jednej z hipotez holenderskie małżeństwo, które później zmarło, mogło zarazić się podczas wycieczki ornitologicznej w Argentynie, obejmującej teren wysypiska śmieci, gdzie występowały gryzonie.
Statek wycieczkowy jako laboratorium zakażeń
Statki wycieczkowe od lat pozostają przedmiotem badań epidemiologów. Zamknięte środowisko, wspólne przestrzenie i duży udział starszych pasażerów sprzyjają transmisji chorób zakaźnych.
– Wadą statków wycieczkowych jest to, że są zamkniętym środowiskiem, z którego nie można po prostu wyjść – mówi Klein.
Profesor uczestniczył wcześniej w projekcie badawczym Healthy Sailing dotyczącym rozprzestrzeniania się wirusów i bakterii na statkach.
Eksperci podkreślają jednak, że wirus Andes nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak grypa czy koronawirus. Dotychczasowe dane sugerują, że do zakażenia potrzebny jest bliski, często wielodniowy kontakt.
– Kluczowy wydaje się bliski i długotrwały kontakt, a nie samo przebywanie na tym samym statku – zaznacza Øverbø.
Lekarstwo nie istnieje
Ani na wirusa Andes, ani na wirusa Puumala nie istnieje obecnie skuteczne leczenie przeciwwirusowe.
– Leczenie polega na działaniach wspomagających. Organizm musi sam sobie poradzić – mówi Klein.
Lekarze podkreślają, że najważniejsze pozostaje szybkie rozpoznanie objawów oraz izolowanie osób z podejrzeniem zakażenia.
Dla mieszkańców Norwegii praktyczne zalecenia pozostają niezmienne od lat: ostrożność podczas sprzątania miejsc, w których mogą znajdować się gryzonie, dobra wentylacja zamkniętych pomieszczeń i dokładna higiena rąk.
