Sztuka życia

czyli historia o człowieku w trudnościach, o zaufaniu i przebaczeniu 

Spotkanie

W naszej lokalnej społeczności jestem poniekąd osobą rozpoznawalną. Poniekąd, ponieważ ludzie mijając mnie na ulicy pozostają często z zawieszonym gdzieś w powietrzu pozdrowieniem. Wiedzą, że mnie znają, ale nie mogą sobie przypomnieć skąd. Czasem spływa na nich światło poznania i wtedy przypominają sobie, Ah, to sprzedawczyni ze stacji benzynowej. Tak, to ja, uśmiecham się ze wzajemnością i pozdrawiam skinieniem głowy. Jeśli więc miałabym wymienić kilka zalet mojej pracy (oprócz tego, że jest i że jest blisko domu), to owszem, aspekt towarzyski wymieniam. 

Oto stoję za kasą, przychodzi klient, mówi krótkie zdanie i niemal bezbłędnie rozpoznaję, że to krajan. Niemal, bo zdarza mi się pomylić i do cudzoziemca przemawiam w mym ojczystym języku, ale dla niego już obcym. Patrzy na mnie ze zdziwieniem, a ja udaję, że się przesłyszał. Dlatego zwykle bardzo ostrożnie używam innych języków niż norweski i angielski.

A tu pewnego dnia przychodzi pani, mówi po norwesku z zamorskim akcentem, stąd wiem, że Norweżką nie jest. Na upartego w urodzie kobiety można by dopatrzeć się dalekowschodnich rysów. Ale ja tego nie robię, bo wzrok mój przykuwa jej sweterek, który prowadzi moje myśli ku Boliwii. Może to być równie dobrze sweterek z Gwatemali albo Peru, już taka biegła w tych dzierganiach nie jestem, ale bez względu na kraj, w którym powstał i tak kusi mnie, by przerzucić się na hiszpański (zwłaszcza, że uwielbiam ablać espaniol). Co też czynię. Pani ze zdziwieniem dopytuje, gdzie się nauczyłam w taki sposób mówić po hiszpańsku. Ja na to, że w Boliwii. A ona, że sama jest z Boliwii. Z którego miejsca, pytam zaciekawiona. Z Cochabamby, odpowiada.

Cochabamba fot. Katarzyna Karp

– Z Cochabamby? – powtarzam. Nie dlatego, że to taka zabawna nazwa. Powód jest inny: spędziłam tam kiedyś okrągły rok.

Właśnie kończyłam zmianę, zaprosiłam więc nowopoznaną kobietę do domu. I po chwili rozkoszowałyśmy się kubkiem gorącego napoju w miłym towarzystwie. Tak poznałam kolejną perłę rzuconą na południe Norwegii.

Gdy spotykamy się po raz pierwszy, Easther dobiega siedemdziesiątki, choć nie zdradza tego ani jej gładka twarz, ani bezpośredni sposób bycia. Niewysoka brunetka z naturalnymi pasmami siwizny na mocnych włosach ma przyjazne spojrzenie i szczery uśmiech. Jest mężatką. Jana Erika, swojego męża, poznała dwanaście lat wcześniej. Mimo, że oboje czasy swej młodości mieli już za sobą, zakochali się młodzieńczą miłością. I pobrali. Połączyło ich zamiłowanie do podróży i aktywny styl życia. Oboje są zaangażowani w animacje wspólnot religijnych.

On wdowiec, ojciec trójki dzieci, dziadek garstki wnuków. Udziela się w miejscowym kościele i  prowadzi spokojny żywot w niewielkim mieszkaniu na Søm. Z okien mieszkania usytuowanego na wzgórzu rozciąga się widok na połyskujące w oddali morze. Przytulny kącik, w sam raz dla dwojga. Tu, po ślubie, na który zdecydowali się w 2007 roku, mieszkają z Easther. Wiodą życie aktywne; obydwoje uwielbiają piesze wędrówki i dalsze podróże.Często goszczą u siebie młodych ludzi, wykorzystując czas przy wspólnych posiłkach na ewangelizację.

Easther po raz pierwszy w życiu znajduje się u boku kogoś, dla kogo jest najważniejsza. 

Odrzucenie

Wychowywała się w Boliwii, gdzie porzucenie dziecka przez matkę nie należy do rzadkości. Taki los spotkał również Easther, którą na wychowanie wzięli dziadkowie. Miała jedenaście lat gdy zmarł jej ukochany dziadek. Pomieszkiwała z ojcem i jego nową rodziną. Uczucie odrzucenia pamięta do dziś. Przez macochę traktowana była jak Kopciuszek. Ojciec nie obdarzał jej atencją, koncentrując swą uwagę na dzieciach z nowego związku. To im przynosił prezenty i poświęcał czas, bo tylko je traktował jak swoje. Obecność najstarszej córki nie była szczególnie pożądana w domu.

Jednak to dziadek i babcia ukształtowali jej charakter i prawdopodobnie dzięki nim miała w sobie wystarczająco siły, by stawiać czoła przeciwnościom. Easther poszła na studia, potem rozpoczęła pracę jako księgowa. Wszystko toczyło się utartymi torami. Do czasu, gdy jej życie wstrząśnięte zostało wielką rewolucją. Nie było to zdarzenie na skalę państwową, ale całkiem prywatne; wywróciło dotychczasowy porządek do góry nogami. Poznała bowiem Jezusa. Nawrócenie było prawdziwym przełomem w jej życiu. Wiedziała już, że wszystko co ma i kim jest, chce poświęcić Bogu, choć nie miała pojęcia, dokąd ją to zaprowadzi. Miała wtedy trzydzieści jeden lat.

Nie minęło wiele czasu, gdy natknęła się na ewangelicką organizację Youth with a mission. Idea dzielenia się swoją miłością do Boga była bliska jej sercu, dlatego zdecydowała się wstąpić w szeregi młodych misjonarzy. 

Wszyscy pracujący dla organizacji są wolontariuszami. Sami muszą opłacać potrzebne kursy, organizacja może niekiedy pomóc w kupnie biletu lotniczego lub w zapewnieniu noclegów.

W nieznane

Jest rok 1983 i zaczyna się wędrówka Easther. Najpierw Argentyna. Później Chile, Kolumbia i Hawaje. Praca wolontariuszki nie wzbogaca materialnie, ale dzięki niej Easther zawsze spotyka przyjazne osoby wspierające jej działania. Z Hawajów wyrusza do Wielkiej Brytanii uczyć się angielskiego. 

Bogatsza o znajomość nowego języka, z dwudziestoma funtami w kieszeni, jedzie do Szwajcarii, gdzie, znów jako misjonarka-wolontariuszka, opiekuje się potomstwem uzależnionej od narkotyków pary. Potem dociera do Niemiec na kurs Montessori. Wreszcie udaje jej się dolecieć do Boliwii, stamtąd udaje się na praktyki w przedszkolu w Nowej Zelandii i na Fidżi.

Wraca do Boliwii w 1993 roku. W rodzinnym mieście Cochabamba pracuje w przedszkolu. Uznaje, że skoro za granicą była wolontariuszką, tak samo postąpi we własnym kraju. Jako 44-latka rozpoczyna studia psychologiczne, które kończy z wyróżnieniem. Dopełnia edukację kursem biblijnym, znów na Hawajach. Ze swoją kolejną misją ewangelizacyjną w 2004 roku przybywa do Norwegii.

Tu, wydawałoby się, opowieść o podróżach dobiega końca. Jednak gdy pytam Easther o przygodę, która najmocniej utkwiła jej w pamięci, mówi:

– Podróż do Nepalu, do wioski obok Pokhary. 

Małżeństwo

Gdy po raz pierwszy jest u mnie w domu nie ma w niej europejskiego dystansu. Siada wygodnie na sofie, opierając się o stos poduszek. Jej duże, brązowe oczy są spokojne, jednak zasnuwa je woalka smutku. 

Chodzi o męża.

Życie u boku Jana Erika jest przystanią po latach ciągłych zmian. Poczucie bycia kochaną, tak zwyczajnie, po ludzku, napełnia jej serce słodyczą. Dla swojego męża jest piękna, mądra, najlepsza. Jego poczucie humoru, bystre spojrzenie i wiedza imponują Easther. Są aktywni, gościnni, chętni do podróży. Co drugi rok odwiedzają Boliwię i nie szczędzą sobie wojaży po Norwegii, gdzie odwiedzają znajomych oraz rodzinę Jana Erika. 

Po ośmiu udanych latach wspólnego pożycia Jan Erik, przechadzając się po skalistej ścieżce upada, niefortunnie uderza głową o kamień i doznaje obrażeń mózgu. Od tamtej pory nie jest już sobą, jego władze fizyczne i umysłowe słabną, coraz bardziej oddala się od świata i od żony. 

Przez pierwsze dwa lata po wypadku Easther zajmuje się nim na okrągło, nie wyobraża sobie, by mogła zostawić go w takim stanie. I choć co dzień na kilka godzin przychodzą pielęgniarki, opieka kosztuje ją wiele stresu i wysiłku. Wiele łez. Easther czuje ogromny ciężar i smutek, z którymi trudno jej sobie poradzić. Towarzyszy jej złość, rozgoryczenie, przygnębienie. Ale nie chce uciekać od tego doświadczenia, czuje że przysięga, którą złożyła mężowi, dotyczy również takich chwil. Jednak fizycznie i psychicznie bywa wyczerpana. 

Po namowach córki Jana Erika, która szczerze dziwi się jej postawie, mąż tydzień spędza w domu opieki, w kolejnym tygodniu Easther pielęgnuje go w domu. To, co robi, jest dla niej wyrazem miłości jaką go darzy.

– Często byłam poirytowana, że nie rozumie, co się do niego mówi. Przed wypadkiem to był naprawdę bardzo mądry, wykształcony człowiek o ogromnej wiedzy. Podczas opieki nie zawsze wychodziło jak chciałam, brakowało mi cierpliwości. W tym czasie dużo się modliłam. Dostałam siłę, by przyjmować każdy dzień ze spokojem. I mojego męża, z którym nie mogłam już prowadzić interesujących dyskusji. Po wypadku nie był już sobą. Pytałam go na przykład: Jan Erik, wiesz kim jestem? Moją żoną – odpowiadał. A ile miałeś żon? Pytałam dalej. Czterysta, mówił. 

I tak trwa przy mężu, pielęgnując go i kochając. Mimo wszystko.

– Wierzę, że Bóg mnie przemienił i pozwolił z humorem podejść do Jana Erika i jego choroby. Rzeczy, które wcześniej mnie irytowały, nauczyłam się przyjmować ze śmiechem. 

Po czterech latach choroby przyszedł moment pożegnania. Jan Erik umiera, zostawiając po sobie trójkę dorosłych dzieci, kilkoro wnuków oraz żonę Easther. Po pożegnalnej przemowie Easther składa na trumnie ukochanego wianek, który miała w dniu ślubu. 

Zgodnie z wolą Jana Erika, wyrażoną przy najbliższych w czasach, gdy był jeszcze zdrów, po jego śmierci żona ma prawo pozostać do końca swojego życia w mieszkaniu.

Ziarno piasku

Mogłoby się zdawać, że los dla niektórych potrafi być szczególnie nieprzyjazny. Okazuje się bowiem, że mieszkanie zostaje sprzedane. Na Easther, która nie zdążyła jeszcze przeżyć żałoby, spada kolejny cios i ogromny stres – ma się wyprowadzić.

– Jestem już dojrzałą kobietą, a wciąż muszę nad sobą pracować, i walczyć ze swoimi słabościami – zwierza mi się pewnego dnia. – Serce człowieka chce zemsty, ale ja nie chcę pielęgnować urazy. 

Wdowa Easther zostaje pozbawiona dachu nad głową. Takie zdarzenie to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ona również czuje się przybita. Sytuacja w jakiej się znajduje nie jest łatwa, znów noce są nieprzespane, poduszkę roszą łzy. Easther przeżywa silne emocje, do których dołączają obawy o przyszłość. Co ze mną? Dokąd pójdę? Zaufanie wystawione zostaje na próbę. Jednak jak zwykle w trudnościach zwraca się w stronę, z której zawsze przychodziła pomoc. Modli się i pości. Odpowiedź przychodzi po kilku tygodniach. Od wspólnoty na północy Norwegii dostaje propozycję, by udać się do Honningsvåg, znajdującego się na Przylądku Północnym.

Honningsvåg fot. Michelle Raponi / Pixabay

Z początkiem maja Easther ruszyła w dalszą drogę, na kolejną misję. Będzie pomagać wspólnocie w Honningsvåg w ewangelizacji dzieci i młodzieży, będzie towarzyszyć tamtejszej społeczności w codziennych sprawach. Chce zapraszać do siebie rodziny, organizować aktywności dla najmłodszych, gościć na poczęstunkach. Patrząc na nią łatwo zrozumieć, co oznacza misja i że może nią być wszystko; choćby miłość aż po śmierć.

– Dawno temu miałam sen, w którym widziałam białe domy z czarnymi dachami. Gdy po wielu latach przybyłam do Kristiansand rozpoznałam miejsce z mego snu. W tym samym śnie jechałam z młodzieżą na wycieczkę do Rosji. Miejsce na północy Norwegii, do którego jadę, znajduje się niedaleko granicy rosyjskiej. To może nie być przypadek.

Easther, trochę jak perła, której ból zadaje ziarno piasku, w obliczu cierpienia pięknieje. Patrząc na nią widzę pogodną kobietę o mądrych, brązowych oczach. Ale, oprócz mądrości, skrzy w nich światło, które przyciąga ludzi czyniąc ich przyjaciółmi. Jestem pewna, że znajdzie ich i na dalekiej północy.

A ja wracam do pracy na stacji benzynowej i na nowo odkrywam, jak wiele niesamowitych historii noszą w sobie ludzie, których codziennie tu spotykam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *