„Taka już jestem. Uparta”. Historia Izy Barikmo

POLKI INSPIRUJĄ. PORTRETY – to seria wywiadów z Polkami z południowej Norwegii, które odnalazły tu swoje miejsce na ziemi. Przedstawiamy kobiety, którym nad fiordami udało się zrobić karierę zawodową, rozwinąć swoje talenty lub odnaleźć nowe pasje. Pokazujemy sylwetki kobiet, które Norwegia zainspirowała, i które mogą stać się inspiracją dla innych. Razem przełamujemy stereotypy i motywujemy do działania – pokazując, że Polka w Norwegii może czuć się jak u siebie w domu i że sukces to pojęcie, które może być interpretowane na wiele różnych sposobów. POLKI INSPIRUJĄ. PORTRETY  to również nasz wyraz uznania wobec naszych koleżanek i sąsiadek, które nierzadko, mimo przeciwności losu, robią wszystko, aby spełniać swoje marzenia.


W Kristiansand właśnie rozpoczął się sezon turystyczny. Restauracje i knajpy zapełniają się już wczesnym popołudniem, a tłum ludzi przechadza się po deptaku Markens Gate w rytm muzyki, wydobywającej się z rozstawionych przy restauracjach głośników. W takich okolicznościach spotykam się z Izą Barikmo – dziewczyną, o której wiem tyle, że jest weterynarzem i ma mi do opowiedzenia historię swojego życia w Norwegii. Pojawia się krótko po mnie i dosiada się do mojego stolika. Szeroko uśmiechnięta filigranowa blondynka, od początku zaraża entuzjazmem i pozytywną energią. Na powitanie ściska mnie przyjaźnie, równocześnie się przedstawiając. Zamawiamy kawę, a ja pytam Izę o początek jej przygody z weterynarią.

– Od dziecka miałam marzenie o byciu chirurgiem. Mama zawsze opowiadała, że jak widziałam jakieś zdechłe zwierzę, to musiałam przeprowadzić sekcję i wszystko dokładnie zbadać – śmieje się. – Strasznie interesowały mnie gady. Pod blokami i na bagnach zbierałam jaszczurki. Dużo czytałam o dinozaurach, zawsze musiałam wiedzieć, skąd się co bierze. Jak powstały pióra? Jak ewoluowały gatunki? Moja ciekawość była ogromna i miałam wielką potrzebę, żeby ją zaspokoić. Myślałam o pójściu na medycynę, ale nigdy nie czułam, że kontakt z ludźmi jest moją mocną stroną. Nie zawsze jestem tak otwarta, jak w tym momencie – przyznaje Iza. – Dlatego mimo moich zainteresowań nie widziałam się w roli lekarza. Przez jakiś czas marzyła mi się paleontologia, ale szybko dowiedziałam się, że tylko kilka osób z każdego roku może wyjechać gdzieś do Afryki i grzebać w ziemi w poszukiwaniu kości, podczas gdy większość absolwentów ląduje w muzeach. A w muzeum nie widziałam się absolutnie – po minie Izy widać, że ta perspektywa naprawdę ją przeraża. -Dlatego zdecydowałam się na studia weterynaryjne w Olsztynie. Bardzo szybko postanowiłam sobie, że zostanę chirurgiem zwierzęcym albo będę pracować z dużymi zwierzętami. Na roku byłam jedną z najmłodszych – wspomina. – Ponad pięcioletnie studia skończyłam w wieku 24 lat i nigdy nie pracowałam w Polsce.

Nie kryję zdumienia. Pytam więc Izę, jak rozpoczęła pracę za granicą, będąc świeżo upieczoną absolwentką weterynarii – bez doświadczenia i, jak przypuszczam, znajomości języka. Iza uśmiecha się szeroko. 

– Widzisz, kiedy ja sobie coś postanowię, to idę po to. I bardzo ciężko mnie zatrzymać. W Norwegii mieszkała moja kuzynka, która wyszła za Norwega, dlatego od lat nastoletnich aż do końca studiów każde lato spędzałam w Norwegii. W pierwszej połowie dnia pracowałam, zbierając truskawki, a w drugiej jeździłam po okolicy z lokalnym weterynarzem – Iza robi pauzę, widząc moją zdziwioną minę, a potem wybucha śmiechem. – To właśnie jestem typowa ja. Po prostu spytałam tego faceta, czy mogę mu towarzyszyć w pracy, bo sama studiuję weterynarię. Na szczęście chętnie wziął mnie pod swoje skrzydła i razem jeździliśmy „w teren”, głównie do bydła. Takie nastawienie i uparte szukanie kontaktów bardzo mi później pomogło. Po ukończonych studiach przyjechałam do Norwegii, a ów znajomy weterynarz, wiedząc, że jego kolega po fachu, Ansgar, będzie przenosił się do pracy w Mattilsynet, doradził mi założenie własnej działalności jako weterynarz, oraz aplikowanie na stanowisko jego kolegi. Szybko złożyłam wniosek o autoryzację mojego dyplomu i o licencję do wykonywania zawodu w Norwegii, a dzięki dobrym referencjom ostatecznie przejęłam teren, za który wcześniej był odpowiedzialny Ansgar. Tutaj chciałabym zaznaczyć, że na tamten moment byłam po zaledwie trzech miesiącach kursu norweskiego i niespecjalnie rozumiałam, co ludzie do mnie mówili.

Jestem pod coraz większym wrażeniem Izy i jej uporu, a także pasji do wykonywanego zawodu.

– Po trzech latach wykonywania zawodu można starać się o specjalizację – kontynuuje moja rozmówczyni.  Opowiada szybko, nieco chaotycznie, kilkakrotnie zatrzymujemy się, aby uporządkować chronologię opowiadanych przez nią zdarzeń. Bije z niej pewność siebie, ale równocześnie dystans do własnej osoby. Często żartuje.- Możliwość przystąpienia do specjalizacji pojawia się co trzy lata, dlatego zmroziła mnie wiadomość, że moja wymarzona dziedzina – choroby koni – rozpoczynała się przed zdobyciem przeze mnie wymaganego doświadczenia. Kiedy ogłoszono nabór, miałam za sobą zaledwie dwa lata pracy w zawodzie.

Dla Izy nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Z rozbrajającą szczerością opowiada o tym, jak udało jej się zdobyć miejsce na upragnionych studiach.

– Byłam trochę zdesperowana, żeby nie czekać, ponieważ w międzyczasie wyszłam za mąż. Wraz z mężem, którego poznałam zresztą jeszcze zbierając truskawki, planowaliśmy dziecko. Nie mając ani chwili do stracenia zadzwoniłam do profesora, który był odpowiedzialny za moją specjalizację i opowiedziałam mu o swojej sytuacji. O tym, że pracuję w Norwegii, że planuję dziecko, że bardzo zależy mi, żeby specjalizację rozpocząć teraz, a nie za trzy lata. A on wyraził zgodę! Zaznaczył tylko, żebym nie przyznawała się, że brakuje mi jednego roku doświadczenia.

– Zaczęłam więc regularnie latać do Polski na zjazdy. Musiałam być na uczelni raz na pięć tygodni. Trwało to 2,5 roku. W trakcie robienia specjalizacji zaszłam w wymarzoną ciążę. Nie obyło się jednak bez dramatycznych sytuacji – przyznaje Iza. – Jeszcze w Norwegii regularnie sama robiłam sobie USG. Podczas ostatniego badania przed jednym z wyjazdów do Polski nie wyczułam tętna płodu. W Olsztynie szybko umówiłam się z ginekologiem, który potwierdził moje obawy i obumarcie płodu. Przyznam szczerze – niewiele pamiętam z tamtych zajęć na uczelni.

Do Izy szczęście uśmiechnęło się jednak całkiem szybko.

– Po kilku miesiącach znów byłam w ciąży i tym razem urodziłam mojego pierwszego synka, Olafa Kyrre, a jakiś czas później zaszłam w kolejną ciążę z Odinem Brage.

Reaguję na typowo norweskie, bardzo tradycyjne imiona i pytam o ich pochodzenie – zastanawiam się, czy to mąż Izy nalegał na nawiązanie do wikingów i pierwszych norweskich królów.

– Absolutnie nie – śmieje się Iza. – Od dzieciństwa interesowała mnie nordycka mitologia i zwyczaje wikingów, dlatego to ja wybierałam imiona dla naszych synków. To mój mąż miał obiekcje! – Przyznaje. – Martwił się, że imiona są zbyt staroświeckie. Ja uważam, że są wyjątkowe. Moi chłopcy to prawdziwi wikingowie – Iza nie przestaje się uśmiechać i z rozbawieniem opowiada dalej. – Sama obcinam im włosy maszynką do strzyżenia koni. Serio – dodaje, widząc moje niedowierzanie. – Krótko strzygę po bokach i zaplatam warkocze przez środek, jak w serialu Wikingowie.

Synkowie Izy to twardziele, tak jak ich mama.

– Często zabieram ich ze sobą w teren, czyli do pracy. Możemy spędzić razem czas, a przy okazji chłopcy uczą się czegoś i obcują z prawdziwym życiem, zamiast oglądać telewizję. Olaf ma 4,5 roku i widząc, że wyciągam z samochodu urządzenie do robienia USG już pyta, czy będę sprawdzać, czy krówka jest w ciąży. Młodszy, Odin, ma 2,5 roku i najbardziej lubi oglądać porody u owiec.

Praca daje Izie ogrom satysfakcji. Z roztkliwieniem opowiada o przyjętym przez siebie niedawno porodzie.

– W tym roku miałam piękną sytuację z rolnikiem z Søgne. Starszy pan, na pewno po siedemdziesiątce, był w szoku, kiedy powiedziałam, że będę robić jego owcy cesarskie cięcie. Był przyzwyczajony, że owce, których porody są skomplikowane, po prostu się zabija, następnie wyciągając z nich młode. Kiedy po wyjęciu trzech owieczek zakomunikowałam, że teraz będę mamę-owcę szyć, ten pan prawie się rozpłakał. Był wzruszony, że potraktowałam to zwierzę nie gorzej niż człowieka. Na pożegnanie przyszedł do mnie z winem. Niestety wielu weterynarzy nie widzi wartości w zwierzętach, którymi się opiekują, szczególnie zwierzętach tak tanich i pospolitych jak owce. Moim powołaniem jest jednak opieka nad tymi istotami i nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zrobiła wszystkiego, co w mojej mocy, aby którąś z nich uratować.

Iza otacza się zwierzętami także poza pracą.

– Mieszkamy wraz z rodziną na farmie w Stokkeland, dokąd przeprowadziliśmy się z Vennesla. Mamy dwie jaszczurki, cztery koty, świnkę wietnamską, chyba z dwadzieścia kur, swoje kurczaki i królika. Ja sama posiadam też trzy węże – boa, pytona i zbożówkę, którą przywiozłam ze Stavanger, gdzie byłam zaproszona jako ekspert od gadów. Ze względu na mojego męża nie mieszkają one jednak w domu, tylko w klinice.

Pytam Izę o wspomnianą klinikę, w której pracuje.

– Założyliśmy ją razem z Ansgarem, o którym ci opowiadałam. Dwa dni w tygodniu przyjmujemy małe zwierzęta, podczas gdy resztę czasu spędzamy, jeżdżąc do dużych zwierząt i koni produkcyjnych. Od półtora roku mam także dyżury w gminie i jestem dostępna pod telefonem. Dopiero po rozpoczęciu tej dodatkowej pracy nauczyłam się nieco asertywności i nie boję się mówić ludziom, że muszą dzwonić na telefon dyżurny, i że nie jestem dostępna codziennie i całą dobę. Stałym i lojalnym klientom nie odmawiam jednak nigdy – przyznaje.

Zastanawiam się, czemu Iza nigdy nie pracowała w Polsce, i czy myśli o powrocie do ojczyzny.

– Tak naprawdę do pracy w Polsce zniechęcili mnie koledzy po fachu. Jeden weterynarz przyznał, że zamiast mnie woli zatrudnić technika weterynarii, któremu będzie mógł płacić mniej – mimo, że to nielegalne. Pochodzę z Podlasia, które jest dosyć konserwatywnym regionem. Od razu powiedziano mi, że nikt nie weźmie mnie na poważnie, bo jestem dziewczyną, bo jestem za młoda, za drobna. W Norwegii te rzeczy zdawały się nie grać roli, liczyło się moje zaangażowanie, pasja i umiejętności. Nikt nie zwracał uwagi na to, że mój norweski był bardzo słaby, na moją płeć czy wówczas płomiennie czerwone włosy. Poza tym, w Norwegii ludzie są nieco bardziej zdystansowani, co bardzo mi odpowiada. Są mili, ale szanują prywatność i przestrzeń osobistą. Poza tym uwielbiam tutejszą kulturę jazdy – przyznaje z uśmiechem. – Wjeżdżając na polskie drogi, często naprawdę bardzo się boję.

Czy jest coś, za czym Iza w Polsce tęskni?

– Za moją rodziną, oczywiście. Piwem z sokiem w knajpach. I za piwem miodowym – dodaje po chwili. – Mój mąż w Polsce czuje się bardzo dobrze, chociaż na początku był sceptycznie nastawiony ze względu na panujące stereotypy. Teraz jednak czuje się w mojej maleńkiej miejscowości jak w domu i z przyjemnością wraca do Polski. Ja sama dbam o to, aby moi synowie znali język polski, dlatego zwracam się do nich wyłącznie po polsku.

Pytam Izę o rady dla rodaków, którzy chcą pracować w Norwegii w swoim wyuczonym w Polsce zawodzie.

Absolutnie nigdy nie myśl, że jesteś mniej warty tylko dlatego, że pochodzisz z innego kraju. Ale ucz się języka, bo jest kluczem do sukcesu. Po jego opanowaniu nie możesz zaniżać własnej wartości, podobnie jak inni kandydaci musisz udowodnić, że jesteś dobry w tym, co robisz i dążyć do celu. Kiedy zakładałam własną działalność tutaj w Norwegii i rozpoczynałam pracę weterynarza, było bardzo niewiele osób, które we mnie wierzyło. Jeszcze za czasów, kiedy jeździłam w teren podczas wakacji z lokalnym weterynarzem, rolnicy wyśmiewali mnie, kiedy mówiłam, że po studiach będę pracować tu jako weterynarz. Jeden z nich powiedział mi, że będę chyba co najwyżej krowy doić. Jakież było jego zdziwienie, kilka lat później to ja pomagałam jego krowie, która miała porażenie porodowe. Stał i wytrzeszczał oczy! – Iza wspomina ten moment z nieukrywaną satysfakcją.

W wolnym czasie Iza realizuje swoje pasje z tą samą dozą upartości, która charakteryzuje ją w życiu zawodowym, i spełnia się na wielu polach – obecnie intensywnie trenuje pole dance.

– Zawsze trenowałam sztuki walki, aikido, muaythai, czyli tajski boks i boks tradycyjny. Po przyjeździe do Norwegii, ze względu na nawał pracy, nie miałam jednak czasu na treningi grupowe. Na jednym z wyjazdów do Danii, gdzie odbywałam praktyki w klinice dla koni, poznałam Dominikę, weterynarza i instruktorkę pole dance. Pomyślałam, że to coś dla mnie, bo mogę kupić rurę i ćwiczyć w domu. Dlatego spytałam Dominikę, czy nie zechciałaby udzielać mi lekcji online. Dla niej wydawało się to niemożliwe, ale przekonałam ją i już od roku trenujemy razem przez video.Po raz kolejny nie ukrywam swojego zdumienia wytrwałością i zapałem Izy. Historia jej życia, a także kariery w Norwegii, to historia pasji i uporu, odwagi w wyznaczaniu sobie celów i dążeniu do nich. Iza nigdy nie bała się wyciągać ręki po swoje marzenia, ani szukać alternatywnych rozwiązań, kiedy sprawy nie do końca szły po jej myśli. Jej sukces jest dla mnie dowodem na to, że świat zawojować można dzięki pracy, wytrwałości i odrobinie pozytywnego myślenia.
-Taka już jestem, uparta. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych – śmieje się moja rozmówczyni. 

Zdjęcia: Archiwum prywatne I. Barikmo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *