Na początku było słowo

A było to tak. Jakiś miesiąc po przybyciu do Norwegii, uzbrojony w słownik oraz podręcznik do nauki języka norweskiego postanowiłem pójść do Runara i zapytać, czy nie pożyczyłby mi swojej łodzi. Niby prosta rzecz, a jednak. Bo okazało się, że moje pytanie w uszach naszego norweskiego gospodarza brzmiało mniej więcej tak: „Czy byłbyś tak dobry Runarze i zali wżdy, ówdzież, azaliż w swej łaskawości pożyczyłbyś mi swojej łódki, ponieważ, gdyż, iż, że chciałbym zabrać na przejażdżkę po morzu moją żonę, Annę”?

Tak, na początku było Słowo… Tyle że potem ktoś wymyślił język norweski i się zaczęło. Bo dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z tak zwanymi językami germańskimi, język norweski brzmieć może naprawdę obco. Krótko mówiąc. Świat ludzki możemy podzielić na trzy grupy: tych, którzy znają języki obce, tych, którzy potrafią i mogą się ich nauczyć, oraz tych, którzy z jakiegoś powodu wejść w cudze kalosze nie potrafią. A w każdym razie przychodzi im to z wielkim trudem. Ot taki na przykład ja. Cztery lata już jestem w Norwegii, a problem mam wciąż ten sam: rano uczę się dwóch słów, godzinę później jeszcze je pamiętam, by już wieczorem nie pamiętać ani jednego. Aż trudno uwierzyć, że ja, który podczas studiów nad filozofią na śniadanie połykałem Heideggera, a na kolację Hume’a, że o scholastyce Anzelma z Canterbury na deser nie wspomnę, nagle w obliczu języków obcych truchleję i staję się ciemny niczym tabaka w rogu, czyli osioł, nul, zero oraz empty. Zupełnie jakby mnie dopadł jakiś uwiąd starczy. Uczę się i uczę, i nie ma temu końca. A gdy jakiś miły Norweg zapyta mnie o godzinę, to od razu myślę, że pyta mnie co najmniej o teorię kwantową Einsteina i płoszę się jak nie przymierzając młoda łania pod lasem albo wpadam w panikę, że aż świata poza sobą nie widzę. Dlaczego tak się dzieje? Zabijcie, nie wiem… Najpierw dwa lata zajęło mi przyzwyczajenie się do tego, że „takk” w języku norweskim oznacza „dziękuję”. Na marginesie. Przyznaję, że do dzisiaj używam tylko formy „tusen takk”, żeby choć trochę owe podobieństwo do polskiego „tak” zniwelować. Albo takie „liker”, czy „faktiske”. Człowiek, gdy tylko usłyszy te słowa w rozmowie, od razu myśli, że rozmówcom chodzi albo o likier, albo lakier, albo o piwo Tyskie. A tu figa z makiem, bo to poplątanie z pomieszaniem. Czy Wam też zdarzyło się kiedyś, że zamiast o plastikową torbę, czyli reklamówkę, poprosiliście kasjerkę o kiełbasę? Zabawne to, owszem, ale i trochę niezabawne. No bo ileż można tak błądzić w językowych ciemnościach? No ile?

Ponieważ rodziłem się w późnych latach sześćdziesiątych, dzieciństwo spędziłem w czasach, w których obowiązkowym językiem obcym w szkołach był język rosyjski. Język angielski zaś traktowano jako język zachodnich imperialistów, czyli jak mawiała nomenklatura – język zaplutych karłów reakcji. Nic też dziwnego, że po dziesięciu latach nauki rosyjskiego nadal tego języka nie znam, a angielski, o którego poznaniu zawsze marzyłem, nauczyłem się traktować jak fonetyczne tło. Żeby napisać prościej: nauczyłem się nie rozumieć języków obcych. Czego to dowodzi? Ano tego, że, żeby umieć w ogóle traktować język jako służące do komunikacji narzędzie, najlepiej mieć z nim kontakt, i to już w dzieciństwie. Ale nie kontakt „literacki”, jaki miałem w szkole, bo taki zwykle proponowali tak zwani rusycyści, czyli filologowie, tylko kontakt żywy, a więc praktyczny. Innymi słowy jak robią to dzieci w Norwegii: jak grać w piłkę to po angielsku, jak bawić się w strzelanego to też po angielsku, jeśli łapać koleżankę za warkocz i zabrać komuś flamaster to po angielsku, a jeśli nazwać swojego najlepszego kolegę „przyjacielem” to też po angielsku. W myśl starej zasady: bawiąc uczyć, ucząc bawić. Bo języka trzeba się po prostu osłuchać. I dotyczy to każdego języka. Norweskiego szczególnie. Żeby jednak nie zabrzmieć zbyt poważnie, katastroficznie i ostatecznie. Jest dla nas nadzieja. Bo po pierwsze: my przecież już od dawna mówimy po norwesku, tyle że bezobjawowo. A to już coś. I po drugie. My, którzy mamy kłopoty z nauczeniem się języka obcego w sposób, że tak powiem klasyczny, powinniśmy się tym językiem najzwyczajniej w świecie „otoczyć”, innymi słowy jak ciepłym szalem otulić: radiem, telewizją, słowem, gestem, piosenką i zaniedbaniem. A co najważniejsze – nie przejmować się tym tak bardzo. Bowiem języka można nauczyć się również przez zasiedzenie. Bo jakby na to nie patrzeć nawet ja po czterech latach potrafię już wiele rzeczy w sklepie za pomocą verbis, czyli słów załatwić, a których wcześniej nie potrafiłem. Jest tylko warunek, tak zwany warunek niezbędny. Aby tego dokonać należy i trzeba próbować mówić. Nawet jeśli nam nie wychodzi, jeśli się wstydzimy albo boimy – wciąż musimy mówić. Możemy popełniać błędy, mylić słowa i robić wrażenie na Norwegach, ale próbować musimy, bo inaczej przepadniemy z kretesem. Pamiętajmy, że świat już od dawna mówi „ja chcieć jeść”, „on mieć duża niebieska toreb”, „moja chce akcelerator jądrowy” i jakoś się nie zawalił. Ba, nawet ma się całkiem dobrze.

Na koniec coś ku pokrzepieniu serc. Coś, co powinno dodać nam otuchy i nadziei. Otóż podług ostatnich badań przeciętne dziecko potrzebuje aż ośmiu lat, aby żyjąc pośród ludzi mówiących tym samym językiem nauczyć się języka na tyle dobrze, aby móc posługiwać się nim na poziomie podstawowym. A zatem głowa do góry. Przed nami całe osiem lat. Nie od razu bowiem słownik wyrazów obcych napisano. Jak mawiał Emil Cioran, człowiek nie mieszka w kraju, człowiek mieszka w języku.