„Ogłoszenie o pracy w Karasjoku dawało mi szansę na oszukanie przeznaczenia. Szansę, by (…) odnaleźć w życiu coś więcej niż tylko listę znanych mi już z góry punktów. Przeprowadzka na północ była jak zjazd z czteropasmowej autostrady na wyboistą drogę dla traktorów.
Z trasy szybkiego ruchu na wąskie drogi dalekiej Północy zjechała narratorka autobiograficznej książki „Lekarka z tundry. Opowieść z krańców Norwegii”. Napisała ją urodzona w 1995 roku Ingvild Holtan-Hartwig. Młoda lekarka zdecydowała się na niepopularny krok – zamiast zapuszczać korzenie w Oslo, wyjechała na staż na peryferia. Jej momentami bardzo osobista, poruszająca narracja o ponad roku życia w Karasjok pozwala zarówno zmierzyć się z tematami uniwersalnymi, jak choćby żałoba czy lęk przed śmiercią, jak i poobserwować norweskie „tu i teraz”. Czytelnik zetknie się tu i z różnicami pomiędzy południem a północą kraju, i otrzyma relację z pierwszej ręki z wnętrza systemu opieki zdrowotnej. Systemu momentami autorkę mocno frustrującego… Holtan-Hartwig kilkukrotnie narzeka na nadmiar formularzy i prymat sztywnych procedur nad pilnymi potrzebami pacjentów. A od teorii przechodzi do praktyki. W przychodni w Karasjok zdarza jej się lekko naginać zasady. Zmusza ją do tego znaczna odległość od dobrze wyposażonych szpitali i niedobór lekarzy-specjalistów na miejscu.
Interesujące są jednak i te fragmenty, gdzie narratorka twardo trzyma się obowiązków służbowych, głównie tajemnicy lekarskiej. W trzytysięcznym Karasjok bywa to niełatwe… W małej miejscowości, jak to opisuje, mocniej czuje się oceniający wzrok, a niedyskrecja może dużo kosztować.
Praca w niewielkiej przychodni na peryferiach ma też jednak swoje zalety – po pierwsze wymusza cenną w życiu nie tylko zawodowym samodzielność. Po drugie lekarz naprawdę zna pacjenta, jego historię choroby, a nawet historie chorób jego bliskich. Chory nie jest tam anonimowy.
Anonimowość Oslo i dobra, czasem nawet zbyt dobra, orientacja w tym, kto jest kim w Karasjok to jedna z różnic w kontrastowej charakterystyce tych miejsc. Poza nią i podobnymi oczywistymi skojarzeniami typu gwar wielkiego miasta (o ile Oslo faktycznie zasługuje na to miano…) kontra cisza saamskiej wioski Holtan-Hartwig odnotowuje też inne opozycje. To na przykład stołeczna poprawność polityczna przeciwstawiona swobodzie wypowiedzi małego ośrodka lub moda na wegetarianizm versus sięganie po mięso nieraz własnoręcznie upolowanych zwierząt czy naturalne futra. Autorka próbuje uzasadniać to ostatnie wymagającymi warunkami przyrodniczymi na najodleglejszej Północy.
Trudy życia na Północy zostały oddane dość zajmująco, ale dla mnie osobiście najciekawsze były refleksje autorki o jednej z bardziej uniwersalnych kwestii dotyczących śmierci. To dylematy związane z uporczywą terapią. Pytanie, gdzie postawić granicę, po której zamiast leczyć umierającego pacjenta należy zdecydować się już tylko uśmierzać ból odchodzenia. Stanowisko autorki może być bolesne dla wielu rodzin ciężko chorych osób. Lekarka uważa, że nie należy podtrzymywać życia za wszelką cenę.
Jest się w tej książce w co zagłębić, tematyka zdecydowanie nie jest błaha. W związku z tym publikacji szkodzi być może neonowa, sugerująca nazbyt lekką treść okładka. Całość wygląda na pierwszy rzut oka jak popularna powieść obyczajowa czy romans niskich lotów. Źródłem inspiracji dla polskiego wydawnictwa była zapewne oryginalna okładka, ale tamta jest mimo wszystko nieco bardziej stonowana.
„Lekarka z tundry” to bezbolesny zastrzyk wiadomości o norweskim społeczeństwie, ale też szczepionka dla wszystkich młodych, niepewnych lub po prostu oswajających nowe, nieznane miejsce lub doświadczających innej istotnej życiowej zmiany.
Warto dać szansę.
