Żaneta Kruszelnicka, projektantka, założycielka i dyrektorka artystyczna We Do Festival, od ośmiu lat sprowadza do Oslo polską kulturę. Rozmawiamy o tym, dlaczego jej marzeniem jest dziś stała przestrzeń na takie działania.
Hanna Zielińska: We Wrocławiu kończyłaś mediację sztuki. Masz za sobą studia w kilku krajach. Na ile We Do Festival wyrasta z tego źródła?
Żaneta Kruszelnicka: Ta ścieżka edukacyjna dała mi różnorodne perspektywy. Jest artysta, jest publiczność, ale pomiędzy nimi trzeba jeszcze zaprojektować drogę, która pozwoli im się spotkać.
W Norwegii najpierw przeprowadziłam wiele rozmów. Życie społeczne i kulturalne ma tu swoją specyfikę. Formuła festiwalu We Do, partycypacyjna, została zaprojektowana właśnie z myślą o tych realiach. Badałam, jak zaszczepić tu cząstkę współczesnej polskiej kultury, żeby ludzie naprawdę chcieli się z nią spotkać. Trzeba tu było stworzyć warunki równoprawnego kontaktu, gdzie żadna ze stron nie czuje się do niczego zobowiązana.

Czyli nie wystarczy wybrać dobrego polskiego artystę i pokazać jego pracę?
Ważne jest właśnie spotkanie. Chciałabym, żeby osoba, która przychodzi na We Do, przede wszystkim dobrze tu spędziła czas. Jeśli będzie go później kojarzyć z polską kulturą, to będzie już sukces.
Uczestnicy przychodzą na warsztat czy inne wspólne działanie w określonym celu. A jednocześnie się poznają, dowiadują się, że prowadzi je artysta z Polski, obserwują jego sposób myślenia i pracy.
Nasza kultura jest różnorodna, otwarta, żywiołowa, ale też troskliwa i ciepła. Chciałabym, żeby ludzie mogli u nas coś razem przeżyć i nawiązać relacje. Tworzymy warunki, żeby to się wydarzyło.
Dlatego warsztaty trwają po kilka dni?
Tak. A ich finał jest częścią procesu i momentem, w którym pokazujemy, co na nich powstało.
Jeśli chcemy wejść w kontakt i wspólnie coś stworzyć, potrzebujemy czasu, przestrzeni i komfortu. Wracamy do domu, a rano okazuje się, że coś już się w nas ułożyło, zmieniło, jesteśmy na kolejnym etapie.
Uczestnicy warsztatów w poprzednich latach mówili, jak wzmacniające było to doświadczenie. I jak wiele można było zrobić w kilka dni pod opieką nie tylko dobrego twórcy, ale też edukatora. Zostaje konkretna rzecz, którą grupa stworzyła i którą może się podzielić, ale też wiedza i umiejętności.

Jak decydujesz, kogo zaprosić do Oslo?
Śledzę, co dzieje się w Polsce. Powstaje tyle ciekawych inicjatyw, że nie sposób pokazać wszystkiego. Jest więc w tym element intuicji. Z czasem zaczęliśmy też przyciągać twórców, którzy sami się do nas zgłaszają, bo podoba im się to, co robimy.
Zawsze jest też pytanie, czego publiczność może w danym momencie potrzebować. Edycja po pandemii, „Self Care”, miała pokazać, jak wiele mamy w sobie zasobów, żeby się wesprzeć. Na przykład poprzez głos, wibracje i dźwięk.
Kto przyjeżdża tym razem?
W tym roku Dawid Dąbrowski zamieni nagrania z ulic Oslo w materiał do wspólnej kompozycji z użyciem syntezatorów modularnych. Patrycja Mastej będzie pracować z emocjami poprzez miękką rzeźbę tekstylną. Michalina Kostecka zaprosi do współtworzenia jadalnej instalacji.
Zależy mi, żeby nie ustawiać publiczności wyłącznie w roli widza.

Co łączy te projekty?
Przesłanie ósmej edycji, „Loop the Moment”. Ósemka prowadzi nas trochę w stronę symbolu pętli, powracania, ale też do siły tego, co dzieje się tu i teraz. Chodzi o uważność na rzeczywistość.
Wydaje mi się, że czujemy się lepiej, kiedy potrafimy skupić się na tym, co dzieje się w danym momencie, zamiast biegać myślami między przeszłością a przyszłością. We Do próbuje w prosty sposób dawać ludziom narzędzia, dzięki którym może im się żyć trochę lepiej.
Czyli festiwal ma oferować coś więcej niż po prostu kontakt ze sztuką.
W pewnym sensie tak. Dociera do nas ogrom informacji, a wiele z nich przygnębia. Nawet przy komfortowym życiu w Norwegii może pojawiać się poczucie bezsilności. I pytanie, gdzie my sami jesteśmy w tym wszystkim, co właściwie możemy zrobić.
Przez pięć dni próbujemy stworzyć mikrokosmos, w którym możemy razem się odnaleźć i wysłać w świat coś pozytywnego.
Co, poza warsztatami, jest Ci bliskie w tegorocznym programie?
Jeśli ktoś chce po prostu pobawić się z nami i poczuć festiwalowy klimat, zdecydowanie zaprosiłabym go na niedzielny finał w Høymagasinet. Pokażemy rezultaty wszystkich warsztatów i zagra Sw@da x Niczos.
A jeśli ktoś lubi dobre kino, zaprosiłabym go w czwartek do Kunstnernes Hus na dwa filmy, jeden po drugim: „Kandydatów śmierci” Macieja Cuske i „Bez końca” Michała Marczaka.
„Kandydaci śmierci”, wbrew tytułowi, nie jest filmem o śmierci. To dokument kręcony przez siedemnaście lat podczas wakacyjnych wyjazdów reżysera z synem i dwoma jego przyjaciółmi. Pięknie pokazuje dorastanie i zmieniające się relacje. „Bez końca” jest bardziej refleksyjny. To film o życiu w zawieszeniu po zaginięciu syna i próbie znalezienia odpowiedzi.
I zgodnie z filozofią We Do, nie ma tu progu wejścia.
Ani finansowego, ani kompetencyjnego. Jesteśmy otwarci dla każdego, kto chce przyjść i dowiedzieć się czegoś nowego. Wszystkie wydarzenia są bezpłatne.
Traktuję to jako zaproszenie dla społeczeństwa norweskiego – chcemy wam pokazać, co u nas, chcemy wspólnie z wami dobrze spędzić czas.

Jak to zaproszenie jest przyjmowane?
Na początku przychodziły przede wszystkim osoby z naszych najbliższych kręgów i ich znajomi. W Norwegii niektóre inicjatywy kiełkują bardzo powoli. Potrzebują czasu i społecznego zaufania.
Od kilku lat wyraźnie widać jednak, jak festiwal się rozrósł. Pojawiają się ludzie zainteresowani konkretnymi tematami, wracają goście z wcześniejszych edycji, pojawiają się też tacy, którzy usłyszeli o nas od kogoś. Publiczność jest dziś zdecydowanie bardziej zróżnicowana niż podczas pierwszych edycji.
Co po tych ośmiu latach mówi się o We Do?
Coraz częściej słyszę: „Byłem na finale”, „uczestniczyłam w zajęciach”, „pamiętam wasz plakat”. Mam też wrażenie, że mamy już opinię miejsca, które oferuje ciekawe warsztaty. To ich uczestnicy są teraz dla nas najlepszą wizytówką.
Pamiętasz sytuację, po której pomyślałaś – właśnie po to robię ten festiwal?
Była nią na przykład rozmowa z jednym z uczestników. Kilka lat temu przyszedł na finał ze swoim tatą. Zaprosiliśmy publiczność, żeby usiadła na podłodze i wsłuchała się w koncert na misach i gongach, przygotowany przez dwie grupy warsztatowe.
Powiedział później, że jego tata nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Nie wiedział, czego miał się spodziewać, a wyszedł z poczuciem, że przeżył coś zupełnie nowego i wspaniałego.
Dziś We Do ma już wsparcie wielu norweskich i polskich partnerów.
Współpracujemy z Millennium Docs Against Gravity, Transcultural Arts Production i Ambasadą RP w Oslo.
A przez kolejne lata festiwal gościł między innymi w Henie Onstad Kunstsenter, Kunstnernes Hus, Cinemateket, Sentralen, Blå i Høymagasinet.
To już rodzaj dyplomacji kulturalnej?
Myślę o takiej drodze. Oczywiście nie jestem jedyną osobą, która tworzy coś w Oslo i próbuje wnosić tu polską kulturę. Tym bardziej wspaniale byłoby mieć tu stałą przestrzeń i regularnie pokazywać ciekawe rzeczy, które dzieją się w Polsce, ale też interesujące osobowości żyjące w Norwegii.
Kiedyś po prostu chciałam pokazać tu trochę więcej polskiej kultury współczesnej. To się wydarzyło. Dostałam możliwość stworzenia festiwalu. A my nadal mamy bardzo dużo do zaoferowania, wniesienia i podzielenia się. Stała przestrzeń na to byłaby z korzyścią dla obu stron.
Co chciałabyś, żeby wydarzyło się z We Do dalej?
Pokazaliśmy przez te lata, że miejsce, w którym polska sztuka byłaby naturalną częścią życia Oslo, jest potrzebne. Teraz marzy mi się, żebyśmy nie musieli tworzyć go co roku od nowa.


