Związki mieszane. Multi-kulti czy multi problem?

Związki mieszane są coraz częstszym zjawiskiem choć wciąż zdarza się, że relacja z obcokrajowcem szokuje, budzi kontrowersje i podejrzenia, szczególnie w małych miejscowościach. Informacja o moim związku nie została przyjęta tak, jakbym sobie tego życzyła. Grono najbliższych dzieliło się wtedy na zupełnych przeciwników oraz podejrzliwych obserwatorów. Nie wiem czy wtedy byłam zamroczona miłością czy mój upór przejął stery, ale chciałam być odpowiedzialna za swoje decyzje i nie pozwalałam nikomu mieć na nie wpływu. Byłam gotowa ponieść konsekwencje swoich czynów. O kraju mojego przyszłego męża wiedziałam tyle, że istnieje gdzieś tam w Azji. Media donosiły, że Pakistańczycy słynni są z oszustw matrymonialnych, wykorzystują małżeństwa w celu zdobycia wizy i zalegalizowania pobytu w Europie. Doszły mnie słuchy o oblewaniu kobiet kwasem, przetrzymywaniu ich w piwnicy, o zniewoleniu i patriarchacie. Byłam nastawiona dosyć sceptycznie, ale generalnie jestem odważnym człowiekiem i chciałam się przekonać, ile jest prawdy w tym, co podają Internet i telewizja. Nie miałam nic do stracenia, a mogłam zyskać. Wiedziałam, że nawet jeśli nic nie będzie z tego związku, to chociaż będę miała darmowe wakacje na Cyprze, bo tam przez kilka lat mieszkał i studiował mój mąż. Spakowałam plecak i wyruszyłam ku przygodzie, powtarzając w myślach moje życiowe motto, które brzmi: „Lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało”.

W moim małżeństwie na pewno duże znaczenie ma mój charakter. Nie podporządkowałam się mężowi, pozostałam w pełni sobą. Mąż jest bardzo liberalny, ale gdybym nie potrafiła postawić na swoim i przyzwalałabym na wszystko, wiem, że mógłby to wykorzystać. Kto z nas nie lubi posiadać władzy? 

Obchodzimy swoje święta, nie próbujemy sobie nawzajem udowadniać, że czyjaś religia jest lepsza, nasz syn nie jest ochrzczony ani obrzezany. Pokazujemy mu obie drogi, ale decyzję, która ścieżka będzie odpowiednia, podejmie samodzielnie i świadomie.

Nigdy nie byłam zakochana w Pakistanie. Nie podoba mi się ich sposób i styl życia. Wszystko wydaje mi się wywrócone do góry nogami. Nocą wszyscy się spotykają, biesiadują i głośno rozmawiają, w dzień natomiast śpią do późnego popołudnia i odpoczywają. Związek z Pakistańczykiem z pewnością poszerzył moje horyzonty, pozwolił zobaczyć inną kulturę od podszewki, ale przekonałam się, że tolerancja nie jest bezkresna. W dobie walki o wszelką tolerancję dla wszystkich i wszystkiego, nie boję się o tym mówić i pisać. Po siedmiu latach małżeństwa wiem, że każdy stereotyp podparty jest faktami i choć bywa to krzywdzące dla ogółu, to jednak ciężko ominąć generalizowanie biorąc pod lupę cały naród. Według wizji znajomych i bliskich miałam podzielić los serialowej niewolnicy Isaury. Na szczęście nie spotkało mnie nic złego. 

Mama mojej przyjaciółki powiedziała mi wiele lat temu, że tolerancja kończy się gdy zaczynamy obcować z innością na co dzień. Przed ślubem uznawałam siebie za osobę niezwykle tolerancyjną, a nawet hipertolerancyjną. Dziś uważam, że gdyby spersonalizować pojęcie „tolerancji” to okazałoby się, że nie wszystkich lubi jednakowo. Przekonalibyśmy się, że jednych traktuje lekko po macoszemu, a innych faworyzuje i często działa jednostronnie. Tak jest w przypadku Pakistańczyków, którzy osiedlając się w Europie nie do końca chcą żyć jak mieszkańcy Starego Kontynentu, jednocześnie wymagając od tubylców dostosowania się do swoich zwyczajów. Mają prawo do propagowania swoich tradycji, ale dlaczego od osób podróżujących do Pakistanu w celach turystycznych oczekują chociaż chwilowego przeistoczenia się w członka ich kraju, kultury czy religii?

Będąc w związku mieszanym, a szczególnie w związku z Pakistańczykiem, trzeba mieć mocne korzenie. Bardzo łatwo zatracić siebie, wsiąkając w odmienną społeczność. Wiele osób tak bardzo zaabsorbowanych nowościami, kolorami i egzotyką, zapomina o  swoim dziedzictwie kulturowym i miejscu pochodzenia.

Od kilku lat śledzę dwie z tych grup. Jest to przestrzeń dla kobiet, żon Pakistańczyków, gdzie można wymienić się doświadczeniami, wspólnie ponarzekać na męża czy jego rodzinę. Dochodzi tam również do ostrej wymiany zdań szczególnie na tematy dotyczące wyznania. Dominująca część grup to osoby zakochane nie tylko w swoich partnerach, ale w całokształcie pakistańskim. To czego brakuje nam, a możemy nauczyć się od Pakistańczyków, to wierność swoim ideałom i silne więzi rodzinne. Dotychczas nie słyszałam o Pakistańczyku, który zmienił religię za namową czy pośrednictwem żony. Nie natrafiłam na wieść o takim, który chętnie przebierałby się w stroje ludowe, aby wyrazić szacunek czy zainteresowanie krajem, z którego pochodzi partnerka. A w drugą stronę działa to zaskakująco szybko i powszechnie. Kobiety podróżujące do Pakistanu, ale również te żyjące w Europie,  czują się zobligowane do zakrycia głowy, a na czas pobytu w kraju męża chętnie ubierają salwar kameez (czyt. szalwar kamiz). Śmiało mogę stwierdzić, że wynika to z kilku aspektów. Kobiety z natury łatwiej się dostosowują, są bardziej elastyczne. Chcą wzbudzić zaufanie i podziw wśród członków pakistańskiej rodziny. Niestety, ale dla Pakistańczyków, a także dla większości muzułmanów, formą wyrażania szacunku jest strój. Najlepiej jeśli są to tradycyjne, wzorzyste ubrania zakrywające piersi, uda i pośladki, aby nie kusić mężczyzn. Kobiety mają nadzieję zapunktować u męża, który nie powstydzi się przedstawić wybranki ojcu i matce. To będzie dobrze świadczyć o nim jako o mężu, który wziął pod opiekę kobietę i nauczył ją jak właściwie się ubierać i zachowywać. Zauważyłam też, że wielu Pakistańczyków żeniąc się z Europejkami nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak trudne będzie to małżeństwo i ile będzie kosztowało wyrzeczeń i kompromisów. Pozornie akceptują różnice kulturowe, nie tracąc nadziei, że z czasem żona się zmieni, nagnie swoje zasady, przytaknie na wychowywanie dzieci w wierze muzułmańskiej i to ona będzie bardziej elastyczną połową tego związku. Ogólnie wiadomo, że nadzieja umiera ostatnia, ale jednak w końcu umiera i ona, i wtedy okazuje się, że życie z tym „obcym” nie jest już takie kolorowe jak pakistańskie stroje. 

W relacji dwóch ludzi pochodzących z dwóch zupełnie różnych krajów pojawia się wiele utrudnień. Mnie najbardziej dokucza brak wspólnego podłoża kulturowego, bariera językowa i zupełnie inne wartości. Uważam, że nieważne na jakim poziomie posługujemy się językiem obcym, bo i tak w pewnym momencie okaże się, że wyrazić siebie w pełni można jedynie poprzez mowę ojczystą. Nasza relacja jest uboga we wspólne oglądanie kabaretów, dyskusje na tematy kulturowe, oglądanie spektakli teatralnych czy omawianie przeczytanych książek. Nie potańczymy do rana na polskim weselu, bo wesela pakistańskie są zupełnie inne, i nie mam na myśli braku alkoholu. Czasami myślę, że więcej nas dzieli niż łączy. Mój mąż uważa jednak, że żeby być z drugim człowiekiem nie trzeba dzielić wspólnych pasji, ja jednak od jakiegoś czasu odczuwam pewien dyskomfort z tym związany, czegoś zaczyna brakować.

Dostrzegam, że żony-Pakistanki są traktowane inaczej niż żony-Europejki. Europejki chcą być niezależne finansowo, w związku z tym mają o wiele więcej obowiązków niż kobiety zajmujące się domem i potomstwem. Pakistanki nie mają potrzeby udowodnienia, że są równe mężczyźnie w każdej sferze życia.  

Mąż ciągle zaprzecza, iż w kulturze pakistańskiej kobieta jest traktowana inaczej niż mężczyzna. Według niego Europejczycy wykreaowali błędny obraz Pakistanu jako tego złego, okrutnego narodu, który nagminnie łamie prawa kobiet. Kiedy jednak pytam kilku Pakistańczyków o to, jakie przywileje i prawa mają ich kobiety, pierwsze co zostaje wspomniane to prawo do poświęcania się rodzinie i bycia gospodynią domową. Dowiedziałam się, że nie muszą pracować zawodowo, jeśli nie mają na to ochoty, ale jeśli chciałyby, to śmiało mogą podjąć pracę. Generalnie mają takie same prawa jak Europejki, ale… kiedy słowa przechodzą w czyny okazuje się, że dla wielu mężczyzn pracująca żona nie jest powodem do zadowolenia czy dumy. Oznacza to, że mąż nie jest w stanie utrzymać rodziny, co jest jego niepodważalnym obowiązkiem. Większość dziewcząt dorasta w przeświadczeniu, że miejscem idealnym dla nich jest dom i kuchnia, a jedynym marzeniem powinno być dbanie o dzieci oraz męża. Zwyczaje propagowane od pokoleń są normalnością, dlatego kobiety nie buntują się, bo każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec rodziny czy męża uznawany jest za brak szacunku i zachowanie hańbiące. Ciężko zrozumieć system społeczny funkcjonujący w Pakistanie z perspektywy wolnej, niezależnej Europejki. Ich działania są mocno zakorzenionymi, powielanymi mechanizmami, których nie sposób się wyzbyć będąc zamkniętym w kręgu kulturowym gdzie wyczuwalna jest ciągła presja zadowolenia starszyzny i strach przed opinią publiczną. 

Kiedyś zapytałam męża o pasję jego mamy. Jak wyglądał jej typowy dzień i co robi obecnie, kiedy dzieci są już dorosłe. Miała siedmioro dzieci. Przygotowanie ich do szkoły kosztowało niemało energii i pochłaniało kilka godzin. Jak już wszyscy zostali wyprawieni na lekcje, zaczynała szykować śniadanie dla męża. Reszta dnia mijała na pracach domowych. Całe jej życie kręciło się wokół dzieci. Pracowała w rodzinnym gospodarstwie, ale nigdy zawodowo. Jest prostą kobietą, cieszą ją małe rzeczy i nie wymaga wiele od życia. Dla mnie przykre jest to, że teraz, kiedy cała jej młodość przeminęła, nie ma już możliwości, aby podróżować, zadbać o siebie. Nie ma swoich własnych oszczędności. O pieniądze musi prosić dzieci lub męża. Przez to, że w Pakistanie nie istnieje system emerytalny to synowie muszą zapewnić rodzicom wikt i opierunek do końca ich dni. Być może tylko we mnie wzbudza to smutek, a ona przeżyła życie tak, jak chciała?

Irytującą dla mnie kwestią dotyczącą Pakistanu jest podział społeczeństwa ze względu na płeć. Podczas spotkań towarzyskich zgromadzeni mężczyźni i kobiety zazwyczaj siedzą przy osobnych stołach lub w oddzielnych pomieszczeniach. Pojęcie przyjaźni damsko-męskiej nie istnieje, a zamężna kobieta nie powinna przyjmować w domu gości (mężczyzn) podczas nieobecności męża.  Na samym początku naszego małżeństwa powodem poważnych awantur była moja relacja z przyjacielem oraz spotkanie z kolegami. Starałam się na spokojnie tłumaczyć, ale w końcu dosadnie oznajmiłam, że to nie ja muszę się dostosować. Żyjemy w Europie, a tu panują inne zasady. Pakistańczycy generalnie mają spore trudności z dostosowaniem się i asymilacją. 

Nie jest też łatwo mieć wspólnych znajomych, ponieważ moje towarzystwo jest zróżnicowane płciowo, a kompani mojego męża to wyłącznie mężczyźni. Ja chętnie spędzę czas w męskim gronie, ale oni nie podzielają mojego entuzjazmu. Nie zauważyłam, żeby koledzy i ich rodziny wspólnie spędzali czas, biwakowali nad jeziorem czy wyjeżdżali w góry. No właśnie, góry…  kolejna bolączka. Jestem osobą aktywną, dużo czasu spędzam na świeżym powietrzu szczególnie teraz, kiedy mam dziecko. Kocham góry i piesze wycieczki. Nienawidzę marnowania czasu na kanapie z telefonem w ręce. A to w przeciwieństwie do mnie uwielbia mój mąż. Potrzeba leżenia, spania do południa i uzależnienie od telefonu doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Dla niego idealną aktywnością jest wyjście (zawsze po godzinie 15:00)  na zatłoczony rynek miasta. Po wykonaniu kilkunastu kroków niezbędna jest przerwa na kawę. Następnie ma odrobinę energii, żeby się przemieścić, tym razem już o kilkaset metrów. Sam otwarcie przyznaje, że Pakistańczycy nie należą do aktywnych ludzi oraz nie są w ogóle kreatywni. Jednak najczęściej mówi to sposób dyplomatyczny używając słów „less energetic than Europeans” , a także „we don’t have many ideas”. Co weekend są sprzeczki o brak wspólnego hobby, jego lenistwo i nudne spacery w zatłoczone miejsca. 

Nie wyszłabym ponownie za mąż za Pakistańczyka, a nad kandydatami z innych krajów musiałabym się zastanowić. Nie chodzi tutaj stricte o mojego męża jako o człowieka, ale o jego pochodzenie. Przez siedem lat nie byłam w stanie zaakceptować bezustannie dzwoniącego telefonu, braku prywatności – bo cała rodzina ma palącą potrzebą dowiedzenia się o wszystkim co się dzieje w naszym domu, włącznie z tym, co dziś mamy na obiad. Życie w kolektywie zdecydowanie nie jest dla mnie.

Przez siedem lat obcowania z Pakistańczykiem wiele się nauczyłam, sporo mnie zadziwiło i zaszokowało. Jest to trudny związek, „wybuchowy”, pełen sprzeczności i różnic. Jest także przykładem, że aby żyć z obcokrajowcem nie trzeba „papugować” innych kultur, można wciąż być sobą bez poczucia konieczności zmiany zachowania lub przyzwyczajeń. 

fot. z archiwum Autorki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *