Dwa słowa: pasja i determinacja

POLKI INSPIRUJĄ. PORTRETY to seria wywiadów z Polkami z południowej Norwegii, które odnalazły tu swoje miejsce na ziemi. Przedstawiamy kobiety, którym nad fiordami udało się zrobić karierę zawodową, rozwinąć swoje talenty lub odnaleźć nowe pasje. Pokazujemy sylwetki kobiet, które Norwegia zainspirowała, i które mogą stać się inspiracją dla innych. Razem przełamujemy stereotypy i motywujemy do działania – pokazując, że Polka w Norwegii może czuć się jak u siebie w domu i że sukces to pojęcie, które może być interpretowane na wiele różnych sposobów. POLKI INSPIRUJĄ. PORTRETY  to również nasz wyraz uznania wobec naszych koleżanek i sąsiadek, które nierzadko, mimo przeciwności losu, robią wszystko, aby spełniać swoje marzenia.


Bohaterką naszego pierwszego portretu jest Kasia Preiss-Justnes, rocznik ‘68, rodowita poznanianka. W Norwegii mieszka od ponad trzydziestu lat. Posiada długie doświadczenie w branży medialnej, głównie w roli fotoedytorki, copywriterki oraz tłumaczki. Obecnie Senior Country Manager w Brandsdal Group – specjalistka od marketingu oraz social mediów dla polskiego oddziału norweskiej drogerii internetowej. Najbardziej ceni sobie czas, który spędza ze swoją rodziną, szalejąc na łódce motorowej. Spotykamy się w jej domu przy kubku herbaty imbirowej. Podczas rozmowy towarzyszy nam nieustannie Bella, niezwykłej urody piesek Maltańczyk.

Mam przed sobą spokojną, dojrzałą kobietę z poukładanym życiem zarówno rodzinnym, jak i zawodowym. Kobietę, która w Norwegii odnalazła swoje miejsce. Ona sama twierdzi, że  pomogły jej w tym pasja i determinacja. Nie mam wątpliwości, że rozmawiam z  silną i upartą kobietą. I choć jest to jedna z tych bajek, które mają dobre zakończenie, początki w Norwegii absolutnie nie były dla Kasi łatwe. W jej historii nie brakuje trudnych momentów i dramatycznych zwrotów. Może właśnie dlatego Kasia waha się, gdy pytam, czym jest dla niej sukces.

– Dla mnie sukces oznacza, że jesteś we właściwym miejscu i robisz to, co chcesz – mówi po namyśle. 

– Czujesz, że udało ci się osiągnąć sukces?

– Wiem, że ludzie postrzegają to, gdzie w życiu jestem, jako sukces. Czuję się bardzo spełniona, pod każdym właściwie względem. Mam cudownego męża i dzieci, swój dom – moje miejsce na świecie, o którym wiele osób może przecież tylko marzyć. Pracę, którą uwielbiam, wspaniałych kolegów oraz liczne grono przyjaciół. W moim rozumieniu jest to sukces.

Jak w wielu innych przypadkach, Kasię do Norwegii sprowadziła miłość. Historia jak z bajki: swojego pierwszego męża, Norwega, poznała w roku 1988 przez wspólnego znajomego z Uniwersytetu w Poznaniu. Randka w ciemno, szybka wzajemna fascynacja… I równie szybka decyzja o przeprowadzce do Oslo. Mimo niezwykle romantycznych okoliczności, pierwsze wrażenia w nowym kraju dalekie były od pozytywnych.

– Oczywiście dużo myślałam o tym, czy to była dobra decyzja i często rozważałam powrót. Miałam u swojego boku miłość mojego życia, a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało – mówi Kasia z mimowolnym uśmiechem, jakby pobłażała młodszej sobie – ale nie znałam języka. Siedziałam w towarzystwie znajomych męża i przysłuchiwałam się rozmowom, z których niewiele rozumiałam. To nie była komfortowa sytuacja. Mówiłam niemal ciągle po niemiecku, bo tym językiem władałam biegle, angielski znałam wtedy dużo słabiej. Czułam się tutaj obco, bo dopadł mnie duży szok kulturowy. Oslo było wówczas maleńkim miastem, w porównaniu do niego Poznań był metropolią. Dziwiła mnie norweska mentalność, tutejsza pragmatyczność i dystans. Czułam, że się wyróżniam, że na czole mam wypisane „obca”, kiedy biegałam – tak jak lubiłam, w szpileczkach po ulicach pełnych ludzi w wiatrówkach i kaloszach. Moja przyjaciółka pisała listy: Kasia, wracaj. A ja strasznie tęskniłam.

Pomimo początkowych obaw, nasza bohaterka miała przed sobą jasny plan. Przed wyjazdem ukończyła studia licencjackie i otrzymała stypendium na Uniwersytecie w Oslo. W planach były studia magisterskie w zakresie mediów i komunikacji. Po praktykach w TVP Poznań, pracy w radiu studenckim oraz na targach międzynarodowych marzyła o karierze w podobnej branży – jej losy potoczyły się jednak zupełnie inaczej.

– Po kilku miesiącach w Norwegii okazało się, że spodziewam się dziecka. Czułam wszechogarniającą panikę, a myśli wędrowały w przeróżnych kierunkach. Mój ojciec namawiał mnie wówczas do powrotu, który zaczęłam rozważać, szczególnie, że mój związek zaczął odbiegać od ideału. Postanowiłam jednak zostać, a rodzina okazała się wspierająca. Pamiętam, że kiedy byłam już w zaawansowanej ciąży, moi rodzice odwiedzili mnie, wioząc maluchem torby pełne polskich towarów. 

Kasia Preiss Justnes (arch. własne)

Moment, w którym zdecydowałam o pozostaniu w Norwegii, był dla mnie przełomem. Zrozumiałam, że moje miejsce na ziemi będzie od teraz w Norwegii i że muszę zacząć zapuszczać w tym kraju korzenie. Zaczęłam uczyć się norweskiego na własną rękę. Musiałam też poznać norweską kulturę. Na początku kojarzyła mi się ona z muminkami, które przecież nawet nie są norweskie – opowiada.

Kasia uczyła się więc norweskiego samodzielnie, wspierając się artykułami z Aftenposten oraz programami z NRK. Po jakimś czasie norweski stał się naturalnie głównym językiem w jej domu. Wkrótce zapisała się na kurs przygotowujący do Bergenstest (egzamin z języka norweskiego na poziomie zaawansowanym). Świetną decyzją okazało się także skorzystanie z organizowanego przez NAV kursu.

– Wtedy wchodziły komputery, internet. Poznałam na tym kursie sporo miłych osób. Większość z nich to byli Norwegowie, tak więc udało mi się zawrzeć pierwsze przyjaźnie z tubylcami – śmieje się Kasia. -Takie znajomości okazują się bardzo przydatne. Po dwóch miesiącach kursu dostałam telefon od koleżanki, która również na niego uczęszczała i szukała asystentki do biura reklamy. To była moja pierwsza praca, w której spędziłam trzy lata. W tym czasie udało mi się awansować z asystentki i z pracy w recepcji na stanowisko junior copywriter, gdzie pisałam teksty już w języku norweskim.

W momencie, kiedy wszystko zdawało się już układać, zawirowania losu ponownie dały o sobie znać. Zakończyło się małżeństwo Kasi, a rozpoczął bardzo trudny okres. Mąż chciał koniecznie przejąć opiekę nad dzieckiem, ponadto z uwagi na podpisaną intercyzę Kasia nie otrzymała, po burzliwym końcu małżeństwa, żadnych środków finansowych. 

– Z siedmioma koronami na koncie trafiłam do Krisesenter (Centrum Kryzysowego) na Grunerlokka w Oslo, gdzie spędziłam trzy miesiące. Z dwuletnim synkiem dzieliłam pokój z jeszcze jedną kobietą i jej dzieckiem – wspomina.

Zastanawiam się, czy Kasia nie rozważała wtedy powrotu do Polski.

– Nie. Wiedziałam, że zostaję. Miałam trzy rozprawy sądowe o syna, mąż próbował wyrzucić mnie z kraju. Wiem, że wiele osób by to złamało. Ja mam taki charakter, że w wyzwaniach odnajduję siłę. Nie pozwolilam sobie przegrać – Kasia nagle poważnieje. Widać, że jest kobietą, która ma dystans do swojej przeszłości, ale na wspomnienie tego trudnego okresu nieco pochmurnieje. – Musiałam rozpocząć życie samotnej matki. Posłałam syna do przedszkola, a sama zmieniłam pracę. Biuro reklamy to nie była jednak praca dla mnie. Zaczęłam rozglądać się za czymś nowym i wkrótce otrzymałam stanowisko fotoedytorki w biurze prasowym. Znalazłam ogłoszenie w Aftenposten. Pamiętam, że na tamto stanowisko otrzymali wówczas 87 podań i startowali sami Norwegowie. A jednak to ja otrzymałam tę pracę.

Wyróżniała ją świetna znajomość norweskiego i języków obcych oraz dobra, niemal fotograficzna pamięć. Po roku ściągnięto Kasię do innego biura prasowego, które współpracowało z najlepszymi fotografami na świecie, takimi jak David LaChapelle czy Annie Leibovitz oraz z branżą wydawniczą. Ze względów praktycznych zapadła też decyzja o zmianie imienia – nazwisko Kasi zaczęło stawać się rozpoznawalne w branży, a Katariną nazywana była w pracy już od dawna. 

Podczas naszej rozmowy zastanawiam się ciągle, jak Kasia łączyła szybko rozwijającą się karierę z życiem samotnej matki.

– Wtedy miałam dwadzieścia pięć lat. Byłam pełna energii i myślałam, że mogę góry przenosić. Kiedy wynajęłam pierwsze samodzielne mieszkanie, sama je malowałam i tapetowałam, a mój trzyletni syn dotrzymywał mi towarzystwa. Cieszyłam się odzyskaną wolnością po nieudanym pierwszym małżeństwie, tym, że już mam ten koszmar za sobą. Paradoksalnie, po tym niewypale Norwegia dodała mi skrzydeł. Polska, w której obalono wówczas komunizm, była pełna ograniczeń. Norwegia była, i dalej jest, krajem możliwości. Do sukcesu potrzebne jest co prawda dużo samozaparcia, ale mnie go nie brakowało. Chciałam zapewnić mojemu synowi jak najlepsze życie, a sobie stabilną przyszłość. 

Kasia spędziła w biurze prasowym osiemnaście lat. – Wiele osób twierdzi, że za długo – uśmiecha się. – Podobno nie powinno się aż tyle pracować w jednym miejscu. Jednak każdy dzień wyglądał tam zupełnie inaczej. Nigdy nie wiedziałam, co mnie czeka, skąd i jaki będzie reportaż. Miałam świetnych współpracowników i czułam się doceniana. Myślałam, że zostanę tam już do emerytury…

Kasia urywa. Po wielu latach spokoju, podczas których udało jej się zbudować nowy, szczęśliwy dom, na naszą bohaterkę spadł kolejny grom. A właściwie trzy. 

Narodziny mediów społecznościowych oraz rozwój fotografii amatorskiej spowodowały gwałtowne kurczenie się branży. Jednego dnia zamknięto wszystkie spośród ośmiu międzynarodowych oddziałów firmy, dla której pracowała. W tym samym czasie jej rodzinę spotkała niewyobrażalna tragedia – w dniu pięćdziesiątych urodzin męża Kasi zmarła jej pasierbica. Córka męża z poprzedniego małżeństwa miała zaledwie 21 lat. Problemy w życiu zawodowym dały się we znaki akurat, kiedy całą swoją uwagę Kasia przelewała na cierpiącego męża oraz córkę, dla których starała się być podporą – bo jak wytłumaczyć sześcioletniemu dziecku, że już nigdy nie zobaczy swojej siostry? 

Na domiar złego w Polsce ukochany tata Kasi umierał na raka. To pierwszy raz podczas tej rozmowy, kiedy łamie się jej głos. 

– To był dla mnie naprawdę straszny rok. Wszystko stało się tak nagle. Tatę, z którym byłam bardzo blisko, rak pokonał w ciągu trzech miesięcy – opowiada. – Nasi norwescy znajomi nie wiedzieli, jak zareagować na tę sytuację. To wynika też z kultury, która nie do końca radzi sobie z emocjami. Zdarzało się, że znajome twarze w autobusie udawały, że mnie nie widzą. Czuliśmy się wtedy bardzo samotni.

Chęć do działania oraz upór to cechy, które najlepiej opisują naszą bohaterkę. Mimo złej pogody, nie pogrążyła się w smutku.

– Aplikowałam na wolne stanowiska w mojej branży. I zaraz po pochowaniu mojego taty w Poznaniu otrzymałam telefon, że zostałam zatrudniona w kolejnym biurze prasowym.

Jak mówiłam jestem bardzo upartą osobą. Kiedy dążę do celu, to może nie robię tego po trupach, ale ciężko pracuję. Dużo w tym mojego samozaparcia. Miałam także wiele szczęścia do osób, które poznawałam w odpowiednim momencie mojego życia, które na przykład dawały znać o wakatach. Mój mąż, pracujący w kompletnie innej branży, nigdy nie pomógł mi w życiu zawodowym.

Po jakimś czasie rodzina zdecydowała się opuścić Oslo, które zbyt mocno przypominało o minionych trudnych doświadczeniach. W Kristiansand Kasia, jej mąż i córka odnaleźli spokój i nauczyli się cieszyć życiem na nowo.

– Po roku przestałam dojeżdżać do pracy do Oslo, ponieważ udało mi się otrzymać fantastyczną posadę tutaj w Kristiansand. Pracuję teraz jako specjalistka od marketingu dla polskiego oddziału tutejszej drogerii internetowej. Praca z polskim rynkiem to ogromna przygoda – przyznaje. – Ponownie zbliżam się do miejsca, z którego pochodzę. Mam oczywiście kontakt z rodziną oraz znajomymi z Polski, ale praca daje mi dodatkowe połączenie z ojczyzną. Czuję też, że taki powrót do korzeni bardzo mnie wzbogacił. Mieszkam w Norwegii dłużej niż mieszkałam w Polsce. Nie jestem i nigdy nie będę Norweżką, ale moja więź z Polską przez te trzydzieści lat bardzo mocno osłabła. Cieszę się więc, że mogę ją w ten sposób wzmacniać. Uczę się pod wieloma względami Polski na nowo, co gwarantuje masę wyzwań, ale jednocześnie mocno napędza mnie do działania. W swojej pracy staram się łączyć to, co najlepsze w obu kulturach. 

Babaroga/Shutterstock

Kasia zdecydowanie wrosła w Norwegię i jej obyczaje, a u stóp fiordów czuje się jak ryba w wodzie. Przyznaje, że nie od razu polubiła norweską kulturę, ale udało jej się do niej przekonać na tyle, by czuć się w Norwegii jak w domu. Kiedy pytam, co doradziłaby przybyłym do Norwegii Polkom, odpowiada:

– Od czegoś trzeba zacząć. Jakiekolwiek nie byłoby Twoje pierwsze zajęcie, połącz je z intensywną nauką norweskiego. Poznaj dogłębnie norweską kulturę i zastanów się, czy ona ci odpowiada. Ma piękne aspekty – jak np. dugnad (kocham dugnad!), wspólne wyjazdy na hyttę (domek letniskowy) czy na narty. Dużo rzeczy robi się tutaj wspólnie, więc staraj się nawiązać kontakty z Norwegami. Warto zadać sobie trud, żeby spojrzeć na wszystkich napotkanych przedstawicieli tego narodu jako na osoby o różnych indywidualnych cechach charakteru i usposobienia. Nie uprzedzaj się, mimo tego, że mogą się początkowo wydawać chłodni bądź zdystansowani. Mimo to, są niezwykle uprzejmi i bezpośredni. Tutaj konflikty rozwiązuje się dialogiem, rozmową. Bezpośrednią wymianą zdań. Nie rozmawia się za plecami – jeżeli coś w pracy mi się nie podoba, mogę o tym powiedzieć wprost i nie jest to źle odbierane. W Norwegii żyje się też dużo spokojniej. – Tym razem to ja się uśmiecham. Spokojne życie to faktycznie coś, co wspomina wielu z naszych rodaków. 

Mimo nieskrywanej sympatii do Norwegii, Kasia przyznaje, że są rzeczy, za którymi w Polsce bardzo tęskni.

– Moja stuletnia babcia, która pamięta jeszcze II wojnę światową. Koncerty na starym rynku w Poznaniu. Życie kulturalne, które w Norwegii jest dużo uboższe. Jestem bardzo dumna z polskiego dziedzictwa kulturowego i historycznego. Norwegia nie ma się czym w tym temacie pochwalić – z łódek wikingów i drewnianych kościołów (stavkirke) przeskoczyli do absolutnego modernizmu. Tęsknię za piękną architekturą starówek polskich miast. I za dobrym, kiszonym ogórkiem – dodaje żartobliwie.

Kasia wspomina, że życie w Norwegii to nie tylko blaski, ale też cienie.

– Pewnego dnia weszłam do biura, w którym mój ówczesny szef zostawił stronę tytułową z VG z nagłówkiem: „Polakker jobber best” (Polacy pracują najlepiej). Początkowo odebrałam to jako głupi żart i chęć dogryzienia mi, jednak po chwili zastanowienia stwierdziłam: kurczę, przecież my naprawdę pracujemy najlepiej. Staramy się i zasuwamy jak małe samochodziki. Ale nie wszyscy to doceniają. Zdarza się, że w mediach padają dość obraźliwe komentarze, jak w popularnym serialu „Exit”, gdzie komentowano polskich pracowników fizycznych. Często zadawane mi są w towarzystwie bardzo stereotypowe pytania, czy skoro jestem Polką, to sprzątam. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, ale rozbraja mnie bezpośredniość i jednoznaczność skojarzeń. W towarzystwie rozmawia się o polskich prostytutkach. Takie generalizowanie uderza w całą naszą grupę i jest bardzo niesprawiedliwe. 

Na koniec pytam, co według Kasi jest przepisem na sukces.

– Nie ma rzeczy niemożliwych, ale faktem jest, że jako imigranci musimy pracować bardzo ciężko. Myślę, że wielu z nas ma to w sobie. Ja pracowałam całe życie – od szóstego roku życia trenowałam gimnastykę artystyczną, w nastoletnim i dorosłym życiu zawsze podejmowałam się dodatkowych zajęć i prac. Żeby zarobić na swoje potrzeby, pracowałam na przykład przez wakacje w rzeźni. Myślę, że wielu rodaków ma bardzo podobne doświadczenia i nie boi się dodatkowych wyzwań. To może działać na naszą korzyść. Po drugie ważnym jest, aby pamiętać, że jesteśmy tutaj gośćmi i nie możemy niestety oczekiwać, że Norwegowie dostosują się do naszej mentalności i naszych zwyczajów. Bagaż przyzwyczajeń i nawyków, związanych z życiem w Polsce, musimy zostawić za sobą. To my musimy dostosować się do panujących tu zwyczajów. Jest ponadto coś, co zawsze sobie powtarzam – muszę być sto razy lepsza od każdego Norwega, z którym pracuję lub z którym konkuruję o pracę. Trzeba więc wkładać w realizację swoich ambicji dużo wysiłku, ale to przynosi efekty. Jest to tego warte. W ten sposób będziemy mogli także odczarować pewne stereotypy, które dotykają Polaków w Norwegii. 

3 thoughts on “Dwa słowa: pasja i determinacja

  1. Chyba blad kolejny zreszta raz w waszym reportazu. Oisalo ze kobieta ma syna”a mój trzyletni syn dotrzymywał mi towarzystwa”
    Pozniej juz jest napisane ze zmarla pasierbica, po czym pozniej ze z corka przeprowadzila sie do Kristiansand!

    1. Cześć, Mira! Dziękuję za komentarz. Być może nie jest to odpowiednio jasno zaznaczone w artykule, ale nasza bohaterka założyła drugą rodzinę i kiedy syn był już dorosły, miała córkę 🙂

    2. Nie wiem co jest dla Ciebie niezrozumiałe? Artykuł jest świetnie napisany i jasno wynika z niego, że bohaterka założyła drugą rodzinę. Z drugim mężem miała córkę, a on miał także córkę z poprzedniego związku, która niestety umarła 😞

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *