Niewidzialne dzieci, czyli nasze pociechy w norweskich szkołach

Gdy próbowano dowiedzieć się czegoś więcej o integracji polskich dzieci w norweskich szkołach, natrafiono na wiele problemów z przeprowadzeniem badań. Rodzice nie zgadzali się na wywiady norweskich naukowców z ich dziećmi. Do badań skierowano polskich naukowców i to polepszyło sytuację.

Prowadzący badania zastanawiali się dlaczego tak jest? I odkryli, że przecież chodzi o Barnevernet. Ale zaraz, co wspólnego mają badacze z Barnevernet? W zasadzie nic. Jednak ta reakcja rodziców wskazała, jak wielką nieufnością darzą polscy emigranci norweskie instytucje, a być może również społeczeństwo.

W zasadzie mnie to nie dziwi. W polskojęzycznych mediach urząd Barnevernet przedstawiany jest jako bezduszna instytucja odbierająca polskie dzieci z błahych powodów. I czasem może się wydawać, że gdzie by się człowiek nie odwrócił, tam czai się jakiś samozwańczy obserwator. Ponadto, po naszych rodzimych doświadczeniach, poziom zaufania do przedstawicieli władz i innych organizacji państwowych jest dość niewielki.

Jest jeszcze kilka innych czynników wpływających na takie podejście. I jednym z nich są różnice kulturowe. Nie jest to może przepaść, w końcu pochodzimy z jednego kontynentu, a nie z dwóch różnych krańców ziemi. Ale różnice istnieją.

Gdy do Norwegii przyjeżdżają uchodźcy, są oni wprowadzani w nową rzeczywistość krok po kroku. Ułatwia im się poznawanie języka i kultury, pomaga w adaptacji w nowym środowisku. W przypadku emigrantów zarobkowych nie ma takich działań. Nie ma żadnego darmowego, lub obligatoryjnego kursu językowego. Nie ma programu imigracyjnego. Nie ma żadnego formalnego wprowadzenia do szkoły. Każda komuna działa na swój sposób.

Polscy rodzice nie do końca wiedzą, na czym polega norweskie szkolnictwo. I wielu z nich narzeka na niski poziom, brak ocen (część z nich po pewnym czasie zmienia zdanie). Jednak w większości  kierują się wyłącznie swoimi wyobrażeniami o norweskiej szkole, nikt im nie przybliża tego systemu, a także nie przedstawia, jakie są oczekiwania wobec nich jako rodziców.

A różnice w szkolnictwie są ogromne. Zadaniem norweskiej szkoły jest to, by dziecko rozwijało się i zdobywało wiedzę. Prawie nie wspomina się o wiedzy encyklopedycznej. Natomiast w polskiej szkole to nauczyciel przekazuje wiedzę dziecku.

Jest to zasadnicza różnica, która ma wpływ na sposób prowadzenia zajęć, oraz na to, co pozostaje po nich w głowie.

Poza tym zajęcia pozalekcyjne są w Norwegii niemal tak samo ważne, jak sama szkoła, czego wielu polskich rodziców nie wie. Ich dzieci w nich nie uczestniczą, co stawia je z boku kręgu rówieśników i utrudnia zawieranie przyjaźni.

Z kolei norweski pracownik społeczny pytany przez badaczy o integrację polskich dzieci w szkołach dziwił się, od kiedy to jest problemem. Mówił, że jesteśmy tacy jak Norwedzy, więc czemu mielibyśmy potrzebować integracji. I nawet badacze, którzy otrzymali w końcu pozwolenie na obserwację dzieci w kilku klasach nie byli w stanie rozróżnić, którzy uczniowie pochodzą z Polski, ze względu na brak oczywistych przesłanek na to wskazujących.

Można powiedzieć, że polskie dzieci w norweskich szkołach są niewidzialne. Jeśli pojawiają się problemy, to bardzo rzadko upatruje się ich przyczyn właśnie w pochodzeniu z innego kraju, choć część z nich może mieć z tym związek.

Do tej „niewidzialności” polskich dzieci nieświadomie przyczyniają się również rodzice, starający się dopasować je do norweskich standardów kulturowych i materialnych. Większość polskich dzieci nie różni się kolorem skóry i włosów, co potęguje ten efekt.

To dobrze? No właśnie niekoniecznie. Ponieważ jeżeli ten status „imigranta” jest niewidzialny to istnieje ryzyko, że proces integracji będzie dla dziecka trudniejszy. Trudniejszy, ponieważ wszyscy wokół będą uważać, że dziecko jest dobrze dopasowane do otaczającej rzeczywistości. Tymczasem może się ono znaleźć „między młotem a kowadłem”, bo czego innego wymaga się od niego w szkole, a czego innego w domu.

Polscy rodzice często nie rozumieją niepisanych zasad rodzicielstwa w Norwegii. Mają również trudność ze zrozumieniem, kiedy ich wyobrażenie o „dobrym dziecku” zgadza się, a kiedy koliduje z tym, co w Norwegii uważane jest za „dobre dzieciństwo”.

Wraz z poznawaniem kultury i obyczajów kraju zamieszkania wiele rzeczy jest bardziej czytelnych i oczywistych. Nie ulega wątpliwości, że uzależnione jest to od stopnia integracji, której skuteczność nie zawsze można liczyć w ilości lat spędzonych na emigracji. W przypadku imigrantów zarobkowych jest to obszar, w którym jeszcze wiele pozostaje do zrobienia.


Obszerne badania w tej materii prowadzono przez 3 lata w ramach projektu TRANSFAM. W badaniach uczestniczyli pracownicy UJ Kraków, Agderforskning razem z NOVA, Oslo, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Warszawa.

Tekst został napisany na podstawie prelekcji Randi Wærdahl z Agderforskning „Polske barn i norsk skole” (Polskie dzieci w norweskiej szkole).


Podoba Ci się artykuł? Wesprzyj nas wpłacając dowolną kwotę na SPLEIS


Zdjęcie: Annie Spratt/Unsplash

2 thoughts on “Niewidzialne dzieci, czyli nasze pociechy w norweskich szkołach

  1. Ciekawe. Może tak być że nasze szybko odnajdujące się w norweskiej rzeczywistości dzieci miałyby całkiem udane dzieciństwo gdyby nie oczekiwania rodziców bazujące na wyniesionych z Polski stereotypach. 🤔

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *