Wychowanie po norwesku, czyli zrób to sam

Podejścia wychowawcze w Polsce i Norwegii różnią się w wielu punktach. Pierwszym z nich, który początkowo może najbardziej rzucił mi się w oczy, a nawet drażnił spojówki, bo ciężko było patrzeć na niecodzienne obrazki, jest hartowanie. Trudno było mi przełknąć panujące tu zwyczaje, za to bardzo łatwo przychodziło przyklejanie takich etykiet jak brak troskliwości, nieodpowiedzialność, ba, nawet głupota!  Jednak gdy zobaczyłam jak te „niemądre” metody działają, a dzięki nim  dzieci chorują naprawdę rzadko, bo ich organizmy radzą sobie z infekcjami samodzielnie, doceniłam norweskie podejście. O czym mowa? Kąpiele w rzece w maju, gdy temperatura wody wciąż jest dużo poniżej tolerancji przeciętnego dorosłego, chodzenie na bosaka, ściąganie kurtki w zimowe dni, gdy tylko słońce pokaże swe łaskawe oblicze, wychodzenie na zewnątrz z mokrą głową… Lista jest długa.

Drugą rzeczą w wychowaniu, która wydaje mi się odmienna, jest stawianie na samodzielność. W zasadzie nie jestem do końca przekonana, czy można przeciwstawiać podejścia w obu krajach, bo choć tu, w Norwegii, dominującą postawą w wychowaniu jest dosyć wczesne usamodzielnianie dziecka  w możliwie szerokim zakresie, nie wiem dokładnie, jak wygląda to obecnie w Polsce. Być może zmieniło się wiele. Pamiętam jednak, gdy jako trzecioklasistka chodziłam na basen troskliwe panie nauczycielki i dyżurni rodzice pomagali wszystkim w ubieraniu się, suszeniu głów, traktując nas jak małe dzieci.

Tu, w Norwegii nasze dzieciaki zapisałam na kurs pływania, gdy miały 5 i 7 lat. I będąc typową (a może i nietypową?) polską mamą po zajęciach pomagałam im w kąpieli pod prysznicem. A tymczasem mama innej pięciolatki spokojnie stała na zewnątrz przebieralni (choć oczywiście mogła być w środku, bo było to jeszcze przed szaloną pandemią koronawirusa), czekając aż jej córka wykąpie się, wytrze, ubierze i spakuje mokre rzeczy. W pierwszej chwili pomyślałam, i jak sądzę myśl ta miała głównie pomóc mi racjonalizować własne postępowanie, że przecież to biedne dziecko nie spłucze sobie dobrze szamponu i pewnie niezbyt dokładnie się umyje. I w ogóle, że jest za małe. Ale gdy chwilę się nad tym zastanowiłam odkryłam, że przecież wykąpie się najwyżej w domu, może w wannie i będzie już „wypłukane”. W każdym razie stwierdziłam, że postępowanie tej kobiety jest być może roztropniejsze, niż moje. I swoje zaczęłam stopniowo zmieniać.

Zdjęcie z arch. autorki

Podejście do dziecka świetnie uwidacznia się też na placach zabaw, czy w przedszkolu. I tu, zdaje się, różnica jest zasadnicza. Zdarza mi się zaglądać na polskie blogi dla rodziców, gdzie autorki-mamy wyrażają swoją dumę, iż pozwalają dziecku wchodzić na zjeżdżalnie i dają im przyzwolenie na różne samodzielne doświadczenia, W PRZECIWIEŃSTWIE do wszystkich pozostałych, nawołujących: Uważaj! Ostrożnie! A ja z „norweskiej” perspektywy nie dostrzegam w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, że dziecko na placu zabaw dla dzieci (truizm, ale zdaje się nie dla wszystkich to oczywiste) może się bawić. Myślę, że wiele osób z naszej strefy mentalnej mogłoby się złapać za głowę, patrząc na to jak, a przede wszystkim, gdzie bawią się dzieci w przedszkolu norweskim. Spójrzmy choćby na drewniane domki, które czasem służą jako garaże dla rowerów, innym razem są to wiaty, gdzie dzieci w czasie deszczowej pogody spędzają czas na przedszkolnym podwórku. Ale gdy nie pada, ciągle ktoś się wspina na dach, skacze z niego, znów się wspina. Aż do znudzenia, bo prawie nikt przedszkolakowi nie zwróci uwagi, żeby zszedł natychmiast, że to niebezpieczne. Dzieci wcale nie robią sobie co rusz krzywdy, za to nabierają sprawności i pewności siebie. Znamy przecież  niejedno przedszkolne „podwórko” podobne do tego ze zdjęcia powyżej, na którym bawią się dzieci, za wyjątkiem najmłodszych (w polskich warunkach jeszcze żłobkowych).

Zgodnie z badaniami prowadzonymi na rzecz projektu World Values Survey rodzicom w Norwegii zależy przede wszystkim na niezależności ich pociech.

Widzę w tym podejściu dużo zaufania do dzieci i płynący z nim przekaz „poradzisz sobie”. Choć czasem miewam wrażenie, że pewne kroki samodzielności mają nie tyle wzmocnić dziecko, co odciążyć rodzica czy opiekuna, może to zresztą naturalne?

p.s. Choć i z tą norweską samodzielnością bywa przewrotnie, gdyż widok czterolatka z pampersem i smoczkiem do rzadkich nie należy.

Zdjęcie tytułowe: Erik Odiin/Unsplash

5 thoughts on “Wychowanie po norwesku, czyli zrób to sam

  1. Moj synek odkąd skończył roczek chodzi do norweskiego przedszkola. Do spania caly rok w wózku na zewnątrz już przywykłam. Jednak taplanie się w kałużach powoduje że wymiękam. Syn jest doslownie mokry na wylot, a przedszkolanki nie spieszą się z przebieraniem czy zabronieniem moczenia się w glebokiej kałuży… 2 stopnie celsjusza. No jak dla mnie poziom stresu pierdyliard, ze dziecko się przeziębi.

  2. To zrozumiałe. Na szczęście im więcej takich przygód w zimne dni, tym organizm mocniejszy, a i rodzic staje się odporniejszy na stres, z czasem ;). Zatem dużo zdrowia!

  3. Pracowałam w norweskich przedszkolach jako vikariat więc często zmieniałam miejsca. Poziom stresu i niedowierzania mimo iż swoje dziecko od początku tu posłałam do przedszkola i niby wiedziałam z czym to się je. Wiele podziwiam i uważam za lepsze niż w Polsce jednak musiałam odposcic po pewnej zimie kiedy 2latki całymi dniami były na zewnątrz, temperatura średnio – 5, słońce nie wychodziło i te maleństwa dostawały przekąskę jabłko do ręki a przemarznięte rączki nie potrafiły go utrzymać i cały czas im spadały.

    1. We wszystkim należy zachować umiar, tu go zabrakło. Wydaje mi się, że przyzwyczajenia czasem mogą utrudniać obiektywne postrzeganie sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *