Strasznie niesympatyczny obraz Norwegii

Pięć godzin na lotnisku w Oslo – witaj w domu!

Autorka Ane Marthe Sørlien Holen jest muzykiem.

Przylatuję na lotnisko w Oslo z Francji 30 maja 2021 r., po podróży służbowej. Teatry we Francji zostały ponownie otwarte dla publiczności 19 maja, a ja byłam w Paryżu, aby zagrać dziewięć przedstawień w Theatre Le Monfort. Długo oczekiwany okres, po wielu miesiącach, w których moja praca jako muzyka i artystki została ograniczona do minimum.

Kiedy wyjeżdżałam, podróż służbowa była nadal określana jako „konieczna” – a ja zaplanowałam, że odbędę kwarantannę po powrocie w hycie mojej mamy w górach.

Potem przepisy ponownie się zmieniły.

Nie miało już znaczenia, że ​​odbyłam niezbędną podróż służbową, że mam odpowiednie miejsce zamieszkania na kwarantannę, że jestem praworządną i obowiązkową obywatelką, która stara się jak najlepiej kontynuować swoją pracę, zarabiać na życie, pomimo trudności, jakie przyniosła ze sobą pandemia koronawirusa.

Teraz muszę poddać się kwarantannie w hotelu, bez względu na wszystko.

Przed przyjazdem do Norwegii prawie pogodziłam się z myślą, że będę musiała zostać w hotelu przez trzy dni, z nastawieniem, że to przetrwam. Złudzenia prysły na lotnisku w Oslo.

Pierwsza kolejka

Kontrola paszportowa.

Dobra, trzeba przez to przejść.

Jednak  korytarze na lotnisku w Oslo nie są przystosowane do pandemii, na możliwości zachowywania dystansu i długich wywiadów z każdym przyjezdnym.

Jesteśmy ściśnięci  jak śledzie w puszce i stoimy tam długo.

To mekka infekcji.

Po dotarciu do punktu powiedziano mi, że muszę udać się do hotelu i skierowano mnie na mały ogrodzony teren. Tam muszę poczekać, aż zbierze się około 10 osób, zanim korytarzami na lotnisku podążać będziemy z dwoma strażnikami z Nokas. Podobni do stada owiec z pasterzami.

Mój kolega i ja rozmawiamy trochę z ochroniarzem, który idzie na tyłach, mówimy, że to co się dzieje jeży włos na głowie – i on się z nami zgadza. Mówi, że to jest chaotyczne, że tworzy się znacznie więcej kolejek i tłumów, niż miałoby to miejsce w innym przypadku, a zasady cały czas się zmieniają.

On również informuje nas, że – nie, nie wolno nam robić zakupów w sklepie bezcłowym.

Druga kolejka

Stoimy na ogrodzonym terenie i czekamy na przejście przez automatyczne drzwi. Stoimy tam bardzo długo. Pewnie pół godziny. Nikt nam nie mówi, na co czekamy.

Kiedy w końcu nadejdzie moja kolej, by przejść przez drzwi, okazuje się, że czekam na to, aby ochroniarz w mundurze i żółtej kamizelce odblaskowej podążył za mną, żebym mogła odebrać bagaż. To jakieś 15 metrów do przejścia. Potem idzie za mną do następnej kolejki. Czuję się jak przestępca.

Trzecia kolejka

Znowu na małej, zamkniętej przestrzeni z około dziesięcioma innymi osobami.

Ze wszystkich stron otaczają nas strażnicy, ale nikt nie każe nam trzymać się od siebie na odległość. Myślę, że to nieprzyjemne, że jesteśmy tak blisko, ale to nie kontrola infekcji, o którą się martwią, to jasne.

W tej kolejce zostanie nam przydzielony papier, który wypełnimy do testu na covid, który zrobimy na następnej stacji.

Jesteśmy wypuszczani zza ogrodzenia dwójkami, a za nami znowu idzie strażnik, przez kilka metrów, które musimy przejść, aby dostać się do najdłuższej i najwęższej kolejki ze wszystkich: kolejki testowej.

Czwarta kolejka

Od wylądowania mojego samolotu minęły 2 godziny.

Stoję z tyłu niekończącej się kolejki, w zbyt ciasnym miejscu, blisko siebie z wszystkimi innymi podróżnymi, których również traktuje się jak przestępców. Za mną dziewczyna z niepełnosprawnością, wyraźnie zmęczona staniem już od dwóch godzin, ale nikt nie przychodzi powiedzieć, że może ominąć kolejkę. Tutaj wszyscy są traktowani jednakowo. Nie jesteśmy już jednostkami, jesteśmy trzodą.

Ta kolejka ledwo się przesuwa. Stacja testowa składa się tylko z dwóch (!) osób, a w kolejce, która się wydłuża, jest nas co najmniej stu. Zajmie to godzinę, zanim nadejdzie moja kolej na test.

Od lądowania samolotu minęły trzy godziny, nie było możliwości kupienia wody, jedzenia ani pójścia do łazienki.

Piąta kolejka/poczekalnia

Czekając na odpowiedź na test, co ma potrwać pół godziny, rozglądam się za toaletą. Jesteśmy ogrodzeni i nie ma wyjścia.

Pytam młodą kobietę w stroju antyinfekcyjnym, czy mogę iść do toalety. Patrzy na mnie krytycznym okiem i pyta, czy naprawdę muszę. Mówię, że stałam w kolejce 3 godziny, a wcześniej było to 2,5 godziny w samolocie, więc tak, naprawdę muszę.

Krzyczy do ochroniarza: „Czy można tej tu iść do łazienki?”

– Jasne – odpowiada jowialnie.

Potem idzie za mną do toalety. Jakby prawdopodobieństwo, że wezmę nogi za pasi i ucieknę, bez bagażu czy czegokolwiek, było bardzo wysokie. Po powrocie dostałam butelkę wody.

Szósta kolejka/poczekalnia

W końcu otrzymuję odpowiedź na test, jest negatywna. Przechodzę do następnego pomieszczenia, gdzie w rzędzie stoją składane krzesła. Strażnik szorstko każe mi usiąść.

Potem przychodzi kolejny strażnik i liczy nas. Mówi, że będziemy mogli wsiąść do autobusu. Dziesięć osób w grupie. Ktoś zaczyna wstawać, ale potem słyszy surowe: „Hej, hej, hej, poczekaj chwilę, po prostu uspokój się, najpierw muszę uzyskać ogólny zarys sytuacji”.

Sytuacja? Jaka to sytuacja?

Przyprowadza ze sobą trzech kolegów, żeby towarzyszyli nam do autobusu.

Czterech dużych, silnych mężczyzn w mundurach z krótkofalówkami podąża w ten sposób za grupą dziesięciu zwykłych podróżnych, z których wszyscy mieli powód do podróżowania i niezwykle dobry powód, by ponownie wkroczyć do tego gościnnego kraju.

Autobusy

Autobus jest mały.

Zdecydowanie za mały dla 20 osób z bagażem, aby utrzymać je co najmniej metr od siebie.

Po raz kolejny staje się jasne, że wysyłanie nas do hoteli kwarantannowych nie ma nic wspólnego z kontrolą infekcji – podróż za granicę jest dla nas karą. Zupełnie bez względu na powody podróżowania.

Na zewnątrz autobusu, oprócz kierowcy, czuwa kilku strażników.

Nie otrzymujemy żadnych informacji. Coraz więcej ludzi przyjeżdża autobusem.

Od lądowania minęło 4,5 godziny. Nie jadłam od czasu, gdy byłam na lotnisku Charlesa de Gaulle, a teraz minęło ponad osiem godzin od tamtej chwili. Zastanawiam się, czy po przyjeździe do hotelu będziemy mieli okazję dostać coś do jedzenia.

Kiedy kierowca autobusu w końcu wsiada do autobusu, po tym jak ochroniarz był w środku i policzył nas kilka razy, daje stanowczy komunikat, że wszyscy muszą usiąść, bo jedziemy autostradą.

Nie podaje żadnych informacji o tym, dokąd zmierzamy. Razem z kolegami pytamy wielokrotnie, aż w końcu dowiadujemy się, że jedziemy do hotelu w Lillestrøm, około pół godziny jazdy stąd.

Tuż przed 22.00 jestem w pokoju, który został mi przydzielony. Na lotnisku w Oslo wylądowałam tuż przed 17:00.

Dotarcie tutaj zajęło pięć godzin.

Pięć godzin w kolejce, pięć godzin blisko innych podróżnych.

Pięć godzin, podczas których byłam traktowana jak przestępca, jak ktoś, kto zrobił coś nielegalnego, ktoś, kogo nie mile widziano w Norwegii.

Pięć godzin frustracji z powodu ironii sytuacji: jeśli zachowanie dystansu jest najważniejszym narzędziem zapobiegania rozprzestrzenianiu się Covid-19, to właśnie byłam w sytuacji dokładnie przeciwnej do kontroli infekcji.

Wtedy myślę, że jazda pociągiem do chaty w górach, z maską na twarzy, zachowaniem dystansu i czystymi rękami byłaby nieskończenie bardziej uzasadniona. Zarówno dla mnie samej, jak i dla wszystkich innych.

***

W ostatnich miesiącach dużo czasu mieszkałam w Kopenhadze. To dlatego, że mój chłopak jest Duńczykiem i pomimo tego, że ma stałą pracę w Norwegii, a my wynajmujemy mieszkanie w Oslo, nie został wpuszczony do kraju.

Z drugiej strony, kilka razy w okresie zimowym mogłam podróżować do Francji, aby pracować z zespołem teatralnym, którego jestem częścią. Po powrocie do Danii musiałam pokazać „deklarację dziewczyny” jako potwierdzenie, że mam prawo wjechać do kraju. W Kastrup zawsze witali mnie przyjaźni kontrolerzy paszportów, którzy witają mnie w Danii.

Zadaniem strażników w kolejce testowej na lotnisku w Kopenhadze jest upewnienie się, że trzymamy się dwa metry od siebie i że prawidłowo nosimy maseczki. Są przyjaźni i czujesz się pod opieką, a nie pod nadzorem.

W Danii również byłam  na kwarantannie, za każdym razem, gdy wracałam.

Spędziłam ją w domu, w którym mieszkamy, a po czterech dniach udało mi się wykonać test PCR, aby przerwać kwarantannę. Jest to możliwe do opanowania pod każdym względem i działa bardzo dobrze.

Z zewnątrz norweskie zasady wjazdu nie mają sensu.

Z drugiej strony przyczyniają się do wzrostu ksenofobii, zmniejszenia różnorodności, a nie mniej ważne – cytując członka duńskiej rodziny, tworzą: „strasznie niesympatyczny obraz Norwegii”.

Tekst z Minervanett.no przetłumaczony za zgodą autorki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *